poniedziałek, 20 maja 2013

Chris & Cosey + Mika Vainio + Powell

19 maj, kolejne zderzenie z kultowymi muzykami. Nie ma co się długo zastanawiać trzeba iść jak przystało na fanatyka Throbbing Gristle. Jako, że T.G. widziałem już kilka lat temu, czas zobaczyć elektroniczne-prymitywne wcielenie zakochanej w sobie pary czyli Chris & Cosey.
Mika Vainio, wiadomo kultowe Pan Sonic, świetne Ø czy Philus, zbiera znakomite recenzje przemierzając świat ze swoimi projektami. Chyba bardziej byłem zaciekawiony występem Vainio niż C&C, może dlatego, że mniej więcej spodziewałem się co będzie grać londyński duet niż po ekscentrycznym Finie.
Przyznam się spóźniłem się na występ Powell, około 19.40 pojawił się Mika ubrany w czarną koszulę i kapelusz (prawie jak Tomasz Stańko).
No i zaczęło się, klub "Heaven" nie miał absolutnie litości dla widowni, głośność była chyba na maksa bo momentami czułem jak unoszę się nad podłogą. Mika straszliwie robił hałas, raz po raz racząc nas bitem. Trochę to chaotycznie dla mnie wyglądało, jakby muzyk grał kawałek utworu i nagle przechodził do kolejnego bez składu, także nie można było się wczuć dłużej niż kilka minut na jednym utworze. 

Szkoda również, że nie było widać instrumentów muzyka, ponieważ zostały zasłonięte przez zabawki Cartera.
Mi się osobiście nie podobał Mika Vainio, za dużo chaosu i hałasu (!).
Vaino po swoim secie zszedł ze sceny, bez żadnego podziękowania, machnięcia ręką, skinienia głową nawet nie spojrzał w stronę widowni - poprostu zszedł... .

Czas na C & C, zaczęli prawie dokładnie o czasie, nie musieli rozstawiać całego sprzętu - zrobili to przed koncertem także kilka minut i ogień.
Cosey z laptopem, tabletem, drum maszyną i efektami na froncie a Chris po prawej stronie sceny pod ukosem. No i teraz nagłośnienie klubu pokazało całą swoja klasę
Z głośników popłynęły piękne brzmienia znane z albumów C & C czy CTI. Publiczność od samego początku załapała klimat, który opływał scenę, pełen seksu i ciepła. Niektórzy zaczęli tańczyć, niektórzy śpiewać. 
Cosey od samego początku załapała klimat z audytorium, wymieniając uśmiechy czy opowiadając anegdoty. Chris ciężko pracował z boku sceny aby wszystko było na czas i zagrane z precyzją. Zgromadzona publiczność, (zapełniła może 60-70% klubu) była pod ogromnym wrażeniem Duetu za każdym razem nagradzając głośną owacją. Z utworu na utwór rozkręcała się zabawa C & C - publika, Cosey świetnie akcentowała utwory grą ciała, śpiewem czy chwytliwymi zagraniami na drum maszynie czy gitarze. C & C na koniec zagrali całkiem nowy utwor "Coolicon" z transowym bardzo mocnym brzmieniem, po koncercie udało mi się zakupić ową 10 calówkę.

Publiczność owacyjnie przyjmowała każdy utwór jednak na bis już nie dali rady. To chyba taka londyńska przypadłość, udany koncert, publika rozgrzana do czerwoności, muzycy schodzą, ludzie chcą bisów ale po minucie wzywania na scenę gwar cichnie i zaczynają się rozchodzić do domów.
To był udany muzyczny wieczór.

ps. Trąbka była.







sobota, 18 maja 2013

Jazz (Boks) jest Czarny.

Dzisiaj przesłuchałem płytę Milesa Davisa "A Tribute to Jack Johnson". Już na samym wstępie zacząłem rozmyślać kim był Jack Johnson ?
Muzykiem ?
Mentorem ?
Kimś bliskim ?
Otóż nie, Johnson był bokserem, który żył na początku XX wieku w USA. Z boksem spotkał się w wieku 16 lat a od 19 roku życia startował już jako zawodowiec. W 1903 roku został "Kolorowym Mistrzem Świata".
Kolorowym ?
Dlaczego "Kolorowym" ?
Ponieważ w boksie panowała segregacja rasowa, biali nie walczyli z innymi nacjami, których uważali za gorszych od siebie. Przez prawie całe swoje życie nasz bohater zmagał się z rasizmem, który dotykał go na każdym kroku.
Powiedzmy sobie szczerze segregacja rasowa panowała w każdym aspekcie życia w ówczesnym "Zachodnim" świecie. Zdaje się, że ostanie bariery rasowe upadły w USA w latach 60 XX wieku. Mimo, że dano "kolorowym" prawa wyborcze, możliwość swobodnego studiowania, jednym słowem pełne prawa obywatelskie, lata 60 i 70 obfitowały w liczne napięcia o zabarwieniu rasowym.
Płyta została wydana w 1971 roku a więc jest to na pewno manifest Davisa przeciwko segregacji, która oficjalnie nie istniała lecz ciągle wpływała na każdy rodzaj ludzkiej aktywności. Nie po raz pierwszy muzyka niesie ze sobą przekaz zaangażowania społecznego czy politycznego
Na płycie znajdziemy "tylko" dwa utwory ale po 25 minut każdy. Moje osobiste odczucie to został nagrany po prostu "jam". Muzycy, którzy wzięli udział w sesji to gwiazdy, które zaczęły dopiero co świecić blaskiem na muzycznym firmamencie. Herbie Hancock, Bill Cobham, John McLaughlin to obecnie uznane światowe postacie.

Ciekawostką  jest sposób nagrania utworów. Na przykład w pierwszym utworze w lewym kanale gra trąbka i gitara w w prawym kanale tylko perkusja a pośrodku tylko bas. Także słuchanie na słuchawkach może być trochę męczące. Też polecam przesłuchanie płyty tylko np. w lewym kanale i wsłuchanie się w instrumenty. Płyta brzmi soczyście i bardzo rockowo. Gitara to czysta inspiracja grą Sly Stone'go czy Jimi Hendrixa a klawisze to psychodeliczne plamy Hancocka. Perkusista wygrywa równe rockowe rytmy a nad wszystkim czuwa wielki Miles.
Niech mottem tej płyty będzie sentencja jaką wypowiedział Johnson na koniec płyty:

"Jestem Jack Johnson, Mistrz Świata Wagi Ciężkiej.
Jestem Czarny, jednak oni nigdy nie pozwolili mi o tym zapomnieć.
Jestem Czarny, zgoda.
Teraz to ja nigdy nie dam im zapomnieć".

Wielka rekomendacja, lekcja historii i muzyki w jednym.
Polecam.

czwartek, 16 maja 2013

Tomasz Stańko + New York Quartet oraz John Surman w londyńskim Barbican Art Center.

Wczoraj 15 maja miałem przyjemność zobaczyć Tomasza Stańko ze swoim nowym zespołem oraz zasłużonego angielskiego muzyka Johna Surmana.
Tomasz Stańko jest obecnie na swoim światowym tournee z płytą "Wisława" wydanej dla wytwórni ECM a 
John Surman promował swój album "Saltash Bells".
Koncert odbył się w zasłużonym Barbican Art Center.
Może kilka słów o Barbicanie. Miejsce gdzie znajduje się obecnie centrum kultury zostało bardzo ciężko zbombardowane podczas Blitzu w 1940 roku. Spora działka praktycznie została nie ruszona od czasów wojny do lat  60-tych kiedy to Londyńska Korporacja "funduje" narodowi centrum kultury oraz mieszkania gdzie koszt budowy wyniósł 160 milionów funtów co przy obecnej wartości waluty daje sumę około 420 milionów funtów.



Centrum zostało zaprojektowane przez grupę architektów: Chamberlin, Powell and Bon w stylu Brutalizmu jakże popularnym w owych czasach. Także i w Polsce mamy (mieliśmy) kilka kultowych Brutalnych architektonicznie miejsc jak na przykład Dworzec w Katowicach (obecnie zburzony). 
I to nas różni od "Zachodu" my burzymy a oni restaurują i dbają. Świetnym przykładem jak to wszystko działa jest Dworzec Centralny w Warszawie.
Nieremontowany przez 30 lat, padł ofiarą dzikiego chaosu ostatnich 20 lat, budy z frytkami, zapuszczone korytarze, chaos stylistyczny, a ponad to wszystko smród i brud.
Tak samo jak z Brutalem z Katowic chciano się obejść z dworcem w Warszawie - ZBURZYĆ. 
Jedyne wyjście z sytuacji (czytaj najprostsze).
A wystarczyło TYLKO umyć, od nowa zaprojektować przestrzeń dworca i ... wszyscy zadowoleni, nie było końca zachwytów. Tak sobie myślę, że jeszcze ktoś, kiedyś odpowie za tego Brutala Z Katowic i wiele innych 
"źle urodzonych" budynków.



Trochę się zapuściłem w niemuzyczne klimaty ale chciałbym zahaczyć o jak najwięcej rejonów i pokazać jak to wszystko może być ciekawie ze sobą połączone.
Wróćmy do muzyki. Sala została w 95% zapełniona przez audytorium co mówi nam o popularności muzyków. Przed koncertem można było nabyć płyty cd wykonawców oraz otrzymać 165 stronicowy katalog ECM-u.
Punktualnie o 20 godzinie wszedł kurator koncertu i po kilku słowach wstępu zaprosił Johna na scenę. 
Na scenie znajdował się spory stół na na nim trochę instrumentów i trochę elektronicznych zabawek. Co ciekawe John zaczął od utworu na ... flet. Jak to później wyjaśnił muzyk znalazł ten flet w kartonie, który nie był otwierany od wielu wielu lat. Następny utwór to już powrót do Surmanowskich klimatów: klarnet plus świetne elektroniczne tło w stylu berlińskiej szkoły.





Następny utwór i zmiana instrumentu, tym razem saksofon barytonowy. 
Znowu dźwięk zaczął się rozprzestrzeniać z wielką mocą po całej sali.
Następny utwór to znowu klarnet podłączony do delay'a a razem z tym świetna zabawa muzyka z pogłosem dająca piorunujący efekt, który publiczność przyjmuje z wielką owacją. Kolejny utwór i tym razem poezja na początek gdzie z czasem wchodzi elektroniczne tło i gra Surmana na instrumencie.
Generalnie publiczność przyjęła set Johna z wielkim entuzjazmem nagradzając wielką owacją. 
Muzyk na zakończenie podziękował akustykowi z Barbicanu za świetną robotę.
Surman grał około 45 minut, kwadrans przerwy, punktualnie o 21 znowu kurator wygłasza krótką przemowę i wchodzi Tomasz Stańko a za nim nowojorscy muzycy.
Wielka owacja przywitała muzyków, nie ma się co dziwić przecież niemały procent widowni to byli Polacy. Minuta, dwie na przygotowanie się do gry i popłynęła muzyka, oczywiście z "Wisławy". 
Tomasz Stańko w swoim stylu ubrany w garnitur oraz czarny kapelusz umiejscowił się na centralnym miejscu 
sceny - w końcu to jego show.

Po prawej stronie (widowni) zasiadł perkusista po środku kontrabas a po lewej stronie fortepian. 
Bardzo podobała mi się oprawa graficzna sceny - rzuty prostej grafiki na powierzchnię za muzykami oraz na podłogę a wszystko w stonowanych kolorach.
Co o nowych muzykach Stańki ? Przede wszystkim perkusista to on robił wielkie wrażenie na publiczności a nawet czasami był pierwszym instrumentem na sali, jak myślę za pozwoleniem mistrza. Co ciekawe raz na jakiś czas Stańko schodził na bok sceny i pozwalał muzykom robić swoje show. 
Na ile w tym wolności a ile wykreowanej gry to już pewnie wiedzą sami muzycy. Jednak robiło to wrażenie jak Stańko przestawał grać schodził na bok sceny stawał z rękoma w kieszeniach i obserwował "ojcowskim okiem" grę muzyków.
Większość utworów zagrana podczas setu to utwory z "Wisławy" a szkoda jest tak wiele wspaniałych utworów z przebogatej kariery muzyka ale tak to już jest trzeba promować nowe utwory i obserwować reakcję publiczności.
A właśnie co o publiczności ?
Niestety nie obyło się bez kilku incydentów, na przykład podczas utworu pewna kobieta krzyknęła do człowieka obok po angielsku "Przetań rozmawiać" a ten ktoś odkrzyknął "Zamknij się" i wywiązała się pyskówka jednak nie słyszałem dalszego "dialogu" ponieważ muzycy zaczęli grać. Mam nadzieję, że nie był to nasz rodak.
Nieważne, niesmak pozostał.
Set Stańki trwał około 2 godzin, oczywiście nie obyło się bez bisów - ktoś z widowni krzyknął po polsku 
"jeszcze dwa utwory" . Jednak muzycy zagrali tylko jeden utwór i szybko zeszli ze sceny.
Był to mój pierwszy koncert na którym miałem okazję zobaczyć Tomasza Stańkę, był to mój również pierwszy raz gdzie byłem na sali, gdzie akustyka i nagłośnienie były na światowym poziomie, myślę że to nie był mój ostatni koncert w Barbicanie w moim ulubionym budynku w Londynie.







poniedziałek, 6 maja 2013

Punk's Not Dead

Nie mógł zagrać w klubie a chciał wystąpić...
Szybka wymiana mejli pomiędzy pankami, uzgodnienie daty oraz kilku detali, 5 maj rozstawiamy sprzęt na skłocie i gramy.
Mowa o Piotrze Kurku elektronicznym awangardowcu.
Piotr zagrał około 30 minut dla około 20 osób. Przyznam się, że nie znam twórczości muzyka także trudno mi się ustosunkować czy grał nowe czy stare utwory i  czy odbiegały od pierwotnych wersji ale publiczności bardzo spodobał się set Piotra.
Mi muzyka się kojarzyła z krautrockową elektroniką jak to kolega Harry ładnie określił: Popol Vuh.

A co ma do tego "Punk's Not Dead" ?
Ano tyle, że nie trzeba wielkich pieniędzy, nakładów, pana z wąsem z Domu Kultury aby robić coś dla ogółu. Wystarczy oprzeć się na zasadzie D.I.Y. - zasadzie sprawdzonej od kilku już dekad.

sobota, 4 maja 2013

Super Polen

Jakiś czas temu naszła mi ochota na przesłuchanie polskiej grupy Blimp. Jako, że nie słuchałem tej płytki może i 6 lat byłem ciekaw jak zareaguję na polski elektroniczny wypust po upływie czasu.
Pamiętam, że kiedyś mi się bardzo podobała.
Jakie wrażenia po odsłuchu "Superpolen" po latach ?

Jest dobrze, muzyka w ogóle się nie zestarzała a i "post rockowy" wszechobecny klimat jest bardzo miły 
w odsłuchu. 
Płyta wydaję się bardzo spójna stylistycznie, nie ma jakiś przypadkowych utworów, które by odbiegały jakoś radykalnie od siebie.
A nad wszystkim unosi się klimat To Rococo Rot czy Tarwater.
Utwór "Four Imaginary Boys" mogła by spokojnie grać Ewa Braun, utwór "17" to nic innego jak francuski "Air" pełen elektronicznej nostalgii w którym wykorzystano tekst Jamesa Joyce.
Płyta świetnie gra w swoistym mglistym brzmieniu, nie ma nudy, spokojnie może grać w tle podczas czytania, jazdy autem czy odpoczynku.
Na cd wydanej przez wytwórnię Ampersand w 2000 roku, znajdziemy 7 utworów nagranych i zmiksowanych  w Skórzewskim Studio.
Grupę Blimp tworzą: Tomasz Maliński, Sebastian Dolata, Radosław Dziubek, Waldemar Paziewski.




piątek, 19 kwietnia 2013

Record Store Day 2013

W sobotę 20 kwietnia obchodzimy po raz kolejny Record Store Day. Dzień ten ma nam naświetlić pewien problem, który dotyczy małych, niezależnych, często rodzinnych sklepów muzycznych. Problemem tym jest "wymieranie" sklepów z muzyką. Ma też pokazać światu jak wielką rodziną są fanatycy muzyki.
Nie ważne jest jakiej słuchasz muzyki, preferujesz cd, winyl czy pliki - ważna jest pasja.
A więc spotykamy się w sobotę  i wspieramy sklepy, muzyków oraz małe wytwórnie.
Jeśli ktoś będzie przypadkiem w UK to podsyłam listę co zostało wydane specjalnie na ten dzień:

http://www.recordstoreday.co.uk/media/18075/RSD%20Product%20Listing%20.pdf

Niech Dobra Muzyka Gra Non Stop.

wtorek, 2 kwietnia 2013

Rodriguez

Kilka dni temu mój znajomy XBartX polecił mi film "Searching for Sugar Man". Jak się okazało jest to obraz oparty na faktach, które się wydarzyły w latach 60-70-tych a niespodziewanie miały dokończenie 30-40 lat później. Nie chcę generalnie opowiadać o filmie drogim blogowiczom jednak jest kilka rzeczy, które zwróciły moją uwagę.

Po pierwsze co mnie zmartwiło choć każdy o tym wie jak to działa to Wielki Biznes Muzyczny.
Jest w filmie fragment w którym autor przeprowadza wywiad z właścicielem "praw" do muzyki Rodrigueza - notabene jest to były właściciel kultowej wytwórni wydającej mega gwiazdy z gatunku soul czy funk. A więc ów człowiek bez żadnych skrupułów opowiada o kontrakcie z muzykiem o tantiemach i co się z nimi stało, choć nie powiedział tego wprost widz może się łatwo domyśleć. Świetnie pokazane jak działa wielki biznes wobec muzyków i gdzie ma wartości czy zasady.

I tutaj nasunęło mi się skojarzenie z polską super grupą z lat 90 Hey i "pomoc" od ich byłej już menadżerki pani Kanclerz. Z przypadkiem Hey to poszło najgorzej jak mogło: talent, młodzieńcza naiwność z chęcią grania zderzyła się z raczkującym polskim rynkiem muzycznym (kapitalizmem).
Grupa została totalnie "wydojona i ogolona" stając się przez jakiś czas marionetką w rękach pani menadżer. Świetnie jest to pokazane na DVD Historia Polskiego Rocka w 4-tej części "Kup!Kultura".

Wracając do filmu optymistycznym wątkiem jest sama postać muzyka, któremu wróżono większą karierę niż Bob Dylan. Człowiek jest pełen ciepła, miłości do swojej rodziny i otaczającego go świata. W ogóle nie zabiegał o to, żeby być sławnym nie zabiegał o to aby być bogatym. Przyjmował ze stoickim spokojem życie takie jakim jest nie bacząc na przeciwności losu. Film godny zobaczenia i zastanowienia się nad wartościami, które kierują naszym życiem i co powinno być dla nas najważniejsze.

piątek, 29 marca 2013

Carcass

Wczoraj miałem niewątpliwą przyjemność zobaczyć grupę Carcass. Zespół, który w latach 90-tych chlubnie zapisał się na scenie czaderskiej bezkompromisowymi tekstami i muzyką.
Carcass jest jednym z moich faworytów "metalowych" a jednym z moich ulubionych albumów z dziedziny "czadu" jest "Necroticism - Descanting The Insalubrious" wydany w 1991 roku.
Jakiś czas temu dowiedziałem się, że Carcass będzie grał trzy koncerty w Londynie i każdego wieczoru będzie grał materiał z innej płyty. Czym prędzej popędziłem do knajpy aby zakupić bilet i oczywiście wybrałem trzecią noc.
Bilety okazały się śmiesznie tanie bo około 30 PLN.
Bilety na trzy noce z Carcass okazały się być bardzo szybko wykupione co było widać na koncercie sala była wypełniona po brzegi. 
Nawet na Deicide było mniej ludzi a przecież Carcass grał trzy noce z rzędu. To tylko świadczy o renomie zespołu.
Grupa zaczęła od intra w stylu Black Sabbath na gitary aby po kilku minutach przejść do właściwej sobie muzyki. A grali najlepsze utwory ze swoich WSZYSTKICH PŁYT. Publika szalała a grupa widać, że nie przyjechała odegrać ciepłe kluchy a zagrać na najwyższym poziomie.
Na scenie było widać totalne zaangażowanie zespołu oraz świetną zabawę muzyków. 
Raz po raz grupa nawiązywała kontakt z publiką a i wokalista między kawałkami ubarwiał koncert rozmową z ludźmi.
Klimat na scenie podkreślały dwie wizualizacje puszczane za perkusistą oraz po prawej stronie sceny z grafikami z szat graficznych danego albumu.
Co się rzuciło mi w oczy to, że muzykom granie sprawiało ogromną przyjemność co audytorium szeroko zebrane w klubie "Underworld" przyjęło z ogromnym entuzjazmem.
Jak będziecie mieli okazję zobaczyć Carcass na żywo to bez zastanowienia kupujcie bilety jest co oglądać i słuchać.

czwartek, 28 marca 2013

Rzeczpospolita Jazzu

Nie od dziś wiemy, że w Polsce jazz jest bardzo silny od kilku już dekad. Kolejnym dowodem na to jest grupa Jazzpospolita. 
W 2010 roku  warszawska Ampersand wydała album pod tytułem "Almost Splendid" - jednak nie jest to typowy jazz jakby można przypuszczać. Bardziej bym się skłaniał w opisie muzyki jako  "nowoczesne polskie brzmienia w jazzie" a więc na pewno bliżej do takich grup jak: Skalpel, Robotobibok czy Pink Freud.

Już spojrzenie co wydało Ampersand wcześniej może nam podpowiedzieć co się będzie działo na płycie. Blimp, Ścianka czy Tempfolder to nas utwierdzi w przekonaniu, że będzie nowocześnie i ciekawie.

"Almost Splendid" to 9 utworów plus remiks dokonany przez Excessive Music Productions.
Album otwiera "Laszlo And Cousins" z silnie zaznaczonym basem oraz psychodelicznym brzmieniem klawiszy.
Drugi utwór to "Fashion For Orient In The 70's" -  to jeden z moich ulubionych na tej płycie. Świetną robotę wykonuje tu gitara w motywie przewodnim - jakby została ta partia zagrana przez Pat'a Metheny na początku lat 80-tych dla ECM-u. 
Tylko szkoda, że ten utwór tak się szybko kończy !
Kolejny utwór to "Oh!" to rockowy utwór z klimatów Ścianki czy Pink Freud.
Piątym utworem jest "Polished Jazz", to Skalpelowa bajka ze świetną perkusją. Utwór pełen poezji i melancholii.
"Looking Thru Ambient Breathing Thru Dub" - utwór gdzie perkusja i bass grają po prostu reggae...jednak uwaga ! Koło 5 minuty gry klimat przechodzi w rockową psychodelię a'la Pink Floyd - znowu ta gitara i klawisze !
Album kończy "Laszlo And Sisters" - utwór zaczyna się "tanim" syntezatorowym beatem jednak po chwili wchodzi motyw z pierwszego utworu "Laszlo And Cousins" z energetyczną perkusją, ciągnąc ten motyw do 2 minuty 9 sekundy a później przechodząc w znakomite zakończenie w klimacie Briana Eno czy Steve Reich'a.
Coś pięknego.

wtorek, 26 lutego 2013

Ahimsa - Hokus Pokus

Kto pamięta kasetę Ahimsy "Słońce Świeci Dla Wszystkich" wydaną w 1991 roku ?
Sporo namieszała ta kaseta na tzw. scenie, bardzo zaangażowane teksty, kobiecy wokal a i muzycy reprezentowali spore umiejętności.
Przyznam się, że i na mnie ta kaseta wywarła piorunujące wrażenie a teksty wymuszały zastanowienie się nad kondycją człowieka i otaczającym go światem.
A teraz "hokus-pokus" i przeskoczmy 6 lat do przodu.
W 1997 roku Intersonus wydaje płytę "Hokus Pokus".
SoundGarden, Alice In Chains po polsku ?
Dlaczego nie, przecież jest rok 1997.
Z punkowej charyzmy i brudu nie zostało nic. Jest tylko "copy and paste".
Wokal jest bardzo słaby i błędem jest, że wokalista stara się "ładnie" śpiewać co ma odwrotny skutek. Momentami wychodzi mu jak wokaliście Illusion - dla mnie nie do przejścia.
Oczywiście nie obyło się bez dodania elektronicznych "przeszkadzajek".
Ciekawe jak patrzą na ta płytę z perspektywy czasu muzycy ?
Podoba im się czy też nie ?
A wam ?
Ja do niej nie będę często wracać.

niedziela, 10 lutego 2013

Meine Dammen und Herren

Meine Dammen und Herren,
Ladies and Gentelmen,
Panie i Panowie.


28 czerwiec, Poznań, Stara Gazownia, godzina 18.
To już drugi raz będę miał przyjemność zobaczyć jeden z najważniejszych zespołów w historii współczesnej muzyki: KRAFTWERK.
Po raz kolejny przejedziemy się pociągiem po Europie.
Tym razem zobaczymy podróż w technologii 3D co jest pewną nowością w stylistyce grupy.


środa, 30 stycznia 2013

Oj Panie Urbaniak...

Dzisiaj przesłuchałem  płytę Michała Urbaniaka "Songs For Poland".

Jak cenię, lubię i szanuję pana Michała to na tej płycie jest kilka utworów, które popsuły cały album, wręcz momentami wykrzywiałem minę z niedowierzania co pan Urbaniak gra.
I te właśnie kilka utworów zaważyło na mojej negatywnej ocenie całego albumu.
A to dlaczego ?
Już pierwszy utwór "Simple Solution" może uruchomić alarm "Co Się Dzieje ?".
A dzieje się wiele w tym utworze. Są samplery, elektroniczne bity, podłożone głosy Lecha Wałęsy oraz Karola Wojtyły, połączenie ludycznej muzyki z nowoczesnym popem.
Jednak drugi utwór "Polish Jazz" może nas uspokoić - to typowy Urbaniak z końca lat 80-tych, jest nowocześnie, nowojorsko, jest wspaniale. Bardzo dobra kompozycja pokazująca jak dobrym muzykiem jest nasz bohater.
Jednak pan Michał nie mógł pociągnąć klimatu z "Polish Jazz" dalej ponieważ następnym utworem jest "Zomocop". Utwór zaczyna się melodią ludową  "W Murowanej Piwnicy" później przechodząc w funkujący feeling z przeszkadzajkami z samplera jak: bite szkło, sygnał policyjny, telefon, krzyki.
Co jakiś czas pan Michał uracza nas melodią "W Murowanej Piwnicy" aby szybko przejść do funku.
Nie za dużo jak na jeden utwór ?
"Decadence" - tutaj mamy z kolei próbkę muzyki w stylu kabaretowym.
"The Party Is Over" - nostalgiczna melodia w stylu walca, chyba za dużo szampana wypito podczas sesji nagraniowej. Utwór pomyłka. Szybko zapomnieć o nim.
"Can't Complain" - to powrót do Nowego Jorku: nowocześnie, funkujący bas prowadzi nas przez cały utwór, Us3 robili takie utwory kilka lat po Urbaniaku.
"Carouselski" - hmmmmmmm, łupu cupu, łupu cupu plus melodia jak z "Kaczuch" - to chyba na tym utworze zrzedła mi mina.
"Boleronez" - połączenie melodii bolera z polonezem z wyraźnie zarysowaną perkusją , trochę za nowocześnie, bez ładu i składu, skrzypce ratują cały utwór od katastrofy.
"Immigrants Song" - ten utwór kończy album. Spokojna kompozycja o melancholijnym nastroju.
Płyta bardzo dziwna, jak wiemy Urbaniak czerpie inspiracje z muzyki ludowej, jednak na tym albumie jest to za bardzo rozwarstwione, rozchwiane. Płyta jest za bardzo spolaryzowana od nowojorskiego grania na "Polish Jazz" po dziwne, śmieszne "Carouselski".
Jestem ciekaw jakie przesłanie towarzyszyło Urbaniakowi w nagrywaniu tej płyty ?

wtorek, 22 stycznia 2013

Tomasz Stańko - Na Krawędzi

Będąc ostatnio w rodzinnym mieście pozwoliłem pochodzić sobie po księgarniach - czego efektem był zakup 4 (słownie CZTERECH) nowych książek. Trzy książki są o muzyce a czwarta to publicystyka.
Kupując te książki pomyślałem sobie "kiedy ja ostatni raz kupiłem książkę w księgarni ?".
Żadna konkretna data nie przyszła mi do głowy - a więc musiało to być bardzo bardzo dawno.
Pamiętałem tylko, że kupowałem namiętnie książki w antykwariatach i od czasu do czasu używane na internecie.
No to wstyd panie kolego !
Dobra, to czas na pierwsze wrażenia. 
Na pierwszy ogień poszła pozycja:
Tomasz Stańko. Desperado.
Co prawda nie przeczytałem jeszcze jej całe jednak już można wysuwać pierwsze wrażenia czy uwagi.
Książka jest świetnie wydana: gruba oprawa, dziesiątki zdjęć, z koncertów, zdjęcia rodzinne, plakaty, ulotki reklamowe itd...
Właściwie to jest rozmowa, którą przeprowadził Rafał Księżyk. Rozmowa, która trwa ponad 500 stron!
Wywiad jest chronologicznie czasowo ułożony a więc zaczynamy od dzieciństwa poprzez szkołę, 
pierwsze początki z muzyką i jazzem  po rozwój wspaniałej kariery.
Co się rzuca w oczy to dobre przygotowanie Księżyka do tematu - raz po raz zarzuca Stańkę pytaniami, 
które już dawno zaległy w czeluściach historii polskiego jazzu.
To prawda, że pytający czasami  stara się za bardzo filozofować, dorabiać jakąś grubszą ideologię do wydarzeń - jednak Stańko szybko go punktuje i zjeżdżamy na ziemię.
A na ziemi działo się sporo...
Stańko opisuje jak zapamiętał wojnę, pierwszy kontakt z muzyką w której wybitnie pomógł ojciec.
Pierwsze próby z jazzem, przełamanie swojej ogromnej tremy i słabości, spotkanie z Komedą 
oraz rozwój światowej kariery.
A w tle PRL-owska rzeczywistość, historia oraz jazzowa jazda bez trzymanki: seks, narkotyki oraz alkohol.
Pozycja obowiązkowa dla osoby, która interesuje się jazzem: przewijają się setki nazwisk, miejsc, festiwali a więc skarbnica wiedzy przekazana przez naszego Mistrza.
Co się rzuca w oczy to styl wypowiedzi Stańki nie ma w nim kombatanctwa, wyższości, arogancji a jest luźny język młodej osoby - można książkę spokojnie przeczytać w trzy wieczory z wypiekami na policzkach.
Godne Uwagi.
Polecam.

wtorek, 8 stycznia 2013

List do Carlosa

Cześć Carlos.
Piszę do Ciebie list wiedząc, że nigdy go nie przeczytasz.
(musicie wiedzieć, że Carlos nie operuje językiem polskim).
Carlos - znamy się już tyle lat, wiesz dobrze, że naszym głównym tematem rozmów jest MUZYKA.
Ty wychowany na latach 60,70 ja bardziej na alternatywnych klimatach.
Ty zafascynowany rockiem progresywnym i klasycznym brzmieniem takich kapel
Led Zeppelin, Beatles, Cream, Pink Floyd czy wczesne Genesis.
Ja bardziej penetrujący ciemniejsze czy też "ciężkawe" rejony muzyczne.
Pamiętam, że to dzięki Tobie przesłuchałem klasyczne albumy Beatles, pamiętam, że to dzięki Tobie zdusiłem więcej niż jeden album Pink Floyd np."Wish You Were Here" czy "Atom Heart Mother".
tak na marginesie co za nuda !
To dzięki tobie wsłuchiwałem się jak została nagrana pierwsza płyta Floydów.
To również dzięki tobie zwróciłem uwagę na pierwsze studyjne eksperymenty z muzyką i efektami Beatles.
Tak, to przy tobie "ukułem" stwierdzenie, że jak ktoś mi przystawi do głowy pistolet to powiem, że najlepszym rockowym albumem jest "Dark Side Of Moon" - chociaż ciężko będzie mi to wypowiedzieć - jest tyle innych świetnych płyt w  historii rocka.
To dzięki tobie poznałem i wsłuchałem się w Cream.

Pamiętasz Carlos jakieś 3 miesiące temu poleciłem Tobie jednego z najlepszych gitarzystów jazzowych ?
Pewnie nawet nie pamiętasz jego nazwiska ?
Wiedziałem...
Przypomnę Tobie
Ok ?!
Terje Rypdal
Wiedziałem, że nawet nie sprawdziłeś na youtube aby zorientować się jak Rypdal gra.
Pamiętasz jak opisywałem  Tobie jak gra ten gitarzysta ?
Pamiętasz jak byłem w szoku po przesłuchaniu jednego z wielu jego albumów o nazwie "Odyssey" ?

Od razu pomyślałem o Tobie - to jest wielki album na pewno się spodoba Carlosowi.
Ok, płyta została wydana przez kultowy ECM - ale pewnie Ty nawet nie wiesz co to jest ECM.
Mówiłem, że to nie jest jazz choć muzycy na wskroś jazzowi.
Mówiłem, że najważniejszą rolę na tej płycie to gitara - Twój ulubiony element rockowej układanki.
Płyta została wydana w 1975 roku a więc perfekcyjny czas to był dla Ciebie.
Chciałem pokazać Tobie jak można pomieszać style, jak można nagrać dobry album.
Carlos, nie przesłuchałeś tej płyty.
Carlos - nawet nie chciało Ci się sprawdzić youtube...jesteś muzycznym ignorantem.

Próbka gry Rypdala na "Odyssey":
http://www.youtube.com/watch?v=_XH_g5gf-MI



Nie zapomnę tego jak pożyczyłem Tobie DVD Einsturzende Neubauten "1/2 Mensch" - trzymałeś te DVD ponad miesiąc.
Nawet nie oglądnąłeś fragmentu ani minuty - powtórzę to jeszcze raz jesteś
WIELKIM MUZYCZNYM IGNORANTEM.
Oddając mi te DVD tylko wzruszyłeś ramionami.
Chciałem pokazać Tobie jak wygląda inna muzyka, jak muzyka się zmieniła od czasów Beatles czy Genesis, jak muzyka potrafi generować jakże inną energię znaną ze statycznych koncertów "wielkich tego rocka".
Carlos czy nie potrafisz przeskoczyć do innego rozdziału w książce zwanej muzyką ?
Czy ty nie potrafisz czuć innych smaków ?
A może nie widzisz innych barw ?

Szkoda, że nie widziałeś swojej miny jak Ci polecałem polski zespół SBB - znaną i poważaną w Europie grupę grającą rock progresywny. Twój wyraz twarzy mówił mi wszystko.
Polacy ? Oni nie mogą grać DOBREJ muzyki .
Tutaj byłem już pewien,że nawet nie zajrzysz do youtube czy wikipedii.
Oczywiście Ty tej grupy nie znasz i pewnie nigdy nie poznasz ani za pewnie nie przesłuchasz 5 płyt (tak jak ja przesłuchałem Beatles).
Zgadza się ?
WIELE TRACISZ CARLOS

Szkoda, że nie widziałem swojej miny jak mówiłeś mi, że czujesz się, kreujesz się na snoba słuchając muzyki z lat 60 czy 70. Carlos ale ty muzykę słuchasz na youtube a twoim źródłem muzyki jest komputer !
Jak możesz poczuć duszę i sens słuchając cyferek z internetu !
Nie dotkniesz nigdy muzyki przez internet !
Nigdy nie poznasz MUZYKI nie otwierając się na inne horyzonty.

Carlos, dobrze wiesz,że jak się spotkamy będziemy znowu rozmawiać o muzyce - ale nie wiem czy będziemy mówić o tej samej muzyce.
Pozdrawiam

ps.
Wiesz co Carlos ja Ci pożyczę te CD "Odyssey" Rypdala.

poniedziałek, 10 grudnia 2012

Drewno nie pochodzi z tartaku

Dziś kolejny wpis, który zahacza tematycznie o mój poprzedni dotyczący One Million Bulgarians.
Lady Pank "Drop Everything".

Płyta wydana w 1985 roku dla amerykańskiej wytwórni MCA Records, dwa lata po oszołamiającym debiucie w Polsce, który wyniósł Lady Pank do ścisłej czołówki krajowego rocka.
I tutaj trzeba być obiektywnym - płyta jest bardzo dobra, spójna muzycznie co utwór to przebój, który śpiewała cała Polska (i śpiewa do dziś !). Któż z nas nie zna przynajmniej kilku zwrotek z takich hitów jak "Mniej Niż Zero" czy "Kryzysowa Narzeczona".
Oczywiście zaraz, ktoś powie :
 "ale oni grają jak The Police !!!"
No cóż a kto nie kopiuje? Każdy się czymś i kimś inspiruje.
Ktoś zaraz doda :
"Płyta brzmi fatalnie oraz produkcja jest do kitu"
No cóż może to i prawda ale taki jest urok polsko-socjalistycznych produkcji.

Ale trochę odjeżdżam od właściwego tematu... wracamy.
Oczywiście tematem będzie "śpiewanie po angielsku".
I tutaj już będę sobie improwizował trochę.
Czyj to był pomysł ?
Grupy? Menadżera? Wytwórni?
Grupy ?
Czy myślicie, że Lady Pank myślało aby podbić USA?
Mi się wydaję, że nie. Wiadomo, że zrobienie coś po za granicami Polski wymagało nie lada kombinacji i układów.
Menadżera ?
Może i tak - bo menadżer to taka bestia, która chce jak najwięcej zarobić i  wszędzie się wepchnie aby sprzedać "swoich chłopców". Być może koleżka pomyślał sobie tak: "Jeśli nasza płyta bije wszelkie rekordy, jeśli w 1983 roku (za wikipedią) zagrali ponad 360 (SIC !!!!) koncertów to czemu nie USA?
Tym bardziej, że Polonia pomoże (kupi płytę oraz przyjdzie na koncert).
Wytwórni ?
Może i tak. Chwyt marketingowy - zespół  zza żelaznej kurtyny, popularny w demoludach, może i warto zaryzykować
Ale chłopaki jest jeden warunek - ŚPIEWAMY PO ANGIELSKU.
Jako, że Polak się nie boi niczego to jedziemy z płytą. No i nagrali a efekt jest do posłuchania i stanowi zapis tamtego czasu.
No ale o co chodzi z tym tartakiem ?
Ktoś kiedyś powiedział o polskich kapelach starających się o zrobienie kariery na "Zachodzie", że "drewna nie wozi się do lasu". No i tak zostało - znacie jakąś rockową kapelę, która zawojowała zachodni rynek muzyczny śpiewając w języku Szekspira?
Może cofnijmy się w czasie.
Novi Singers - nagrało kilka płyt po angielsku. Do dziś stanowią świetny przykład jak dobra była muzyka polska, jednak w owych czasach byli ciekawostką.
SBB - ta polska super grupa była w latach 70 popularna (na umiarkowaną skalę) na Zachodzie - nagrali w 1978 roku LP "Follow My Dream" śpiewając po angielsku.
W latach 80 zdaję się, że Republika śpiewała w Roskilde w języku angielskim.
Wilki - "Son Of The Blue Sky" - tekst w języku angielskim, puszczane nawet przez jakiś czas przez MTV. 
Utwór "Beniamin" - zremiksowany w Londynie w Abbey Studio. Zdaje się, że to Wilki miały być pierwszą grupą w latach 90-tych, która położy Zachód na kolana.
Edyta Bartosiewicz - pierwsza płyta nagrana TYLKO  w języku angielskim, jednak na każdym następnym albumie języka angielskiego było co raz mniej.
Myslovitz - "Korova Milky Bar" - wyszła wersja angielskojęzyczna. Zdaję się, że to oni mieli podbić w latach dwutysięcznych Zachodni rynek.
Vader - i tutaj robi się ciekawie. Płyty nagrywane zdaję się tylko w języku angielskim no i olbrzymi sukces na całym świecie... ale tylko na scenie metalowej.
Behemoth - można napisać, że tak samo jak Vader. Sukces na skalę światową.
No właśnie ale dlaczego kapele metalowe ?
Nie chcę napisać, że nie słychać o czym śpiewają (to by było krzywdzące tylko), może dlatego, że grają tam dobrzy muzycy, którzy nagrywają świetne albumy.
Możliwe.
Jednak co z SBB, Novi czy Republiką - tam też grają świetni muzycy.
Jakie są Wasze przemyślenia ?
Czy mamy się czym pochwalić jeśli chodzi o muzykę przed światem ?
Jak zwykle komentarze mile widziane.

wtorek, 30 października 2012

Teraz albo Wcale

W 1990 roku moi czadowi faworyci z końca lat 80 One Million Bulgarians wydają we Francji album pod tytułem "Teraz Albo Nigdy", płytę CD oraz winyl  wydało  Gorgone Productions.

Od razu napiszę to nie jest dobra płyta.
Pierwsze co się rzuca w oczy to język angielski, ja rozumiem, płyta wydana "Na Zachodzie" (na zachodni rynek) a więc śpiewamy po angielsku tylko po co jak angielski jest do dupy a akcent straszliwie razi po oczach.
Już w pierwszym utworze "Teraz Albo Nigdy" słychać jak śpiewający porusza się w języku angielskim a jak w języku polskim. 
Kiedy śpiewa tekst w języku angielskim słychać jakby czytał z kartki jak ma śpiewać - głos jest bezbarwny i bez mocy kiedy wchodzą polskie chórki słychać pewność w głosie i zadziorność znaną z poprzednich płyt czy koncertów.
To duży błąd według mnie ale to chyba taka polska przypadłość starając się podbijać "zachodni rynek" śpiewać po angielsku.
Drugi utwór to "Ptaszek" hhhhmmmmmm. Rapujemy (za dużo Beastie Boys?) sample ostro biją bo kolumnach, tekst też bezsensowny. Koniec.
Trzeci utwór to "Düpą" z tekstem Piotra Marka z kultowego oczywiście Düpą.
Następny utwór to "Maski Dystans" - country music ? 
Czemu nie! 
Piosenkę kończy dialog z grzybobrania z finałowym lądowaniem kosmity o imienu Mazi (sic!).
"I Don't Like Moving" piosenka o lekkim zabarwieniu balladowym, może byłby i hit "na zachodzie" gdyby nie...angielski, który aż bije po oczach.
"Animal Love" - chyba najlepszy utwór z płyty. Brzmi jakby pochodził z sesji kultowego LP "Blues?" - nawet angielskiego śpiewu tak nie słychać wyraźnie, może dlatego tak mi się podoba.
"Minimax Absolut"  - mogliby sobie podarować śpiew. W tym utworze jest już strasznie i nawet nie śmiesznie nic a nic.
"No Destruction" - szybki, połamany utwór, zapewne obudziła się tęsknota za czadowym okresem grupy a może to ukłon w stronę Ministry ?
Trochę sobie po używałem nad OMB  - to moja pierwsza recenzja, która krytykuje jakąś grupę czy album. Płyta ma fantastyczne dobre momenty jak i fatalne chwile czy utwory.
Słychać jakby OMB wahało czy ma być grupą rockową czy elektroniczną. 
Czy ma być zadziorna, podziemna czy ułożona i popowa.

Jestem ciekaw waszej opinii na temat tej płyty, macie takie same odczucia czy całkowicie odmienne ?
 

czwartek, 16 sierpnia 2012

Ministry - Psalm of Synth Pop.

Każdy fan muzyki na hasło MINSTRY wskaże na kultowy "Psalm 69" czy też "The Land Of Rape And Honey" - prawda to świetne albumy.
No dobra a kto przesłuchał ich pierwszy album "With Sympathy"  z 1983 roku?

Ja przyznaję się bez bicia - nie znałem go...
Płytę rozpoczyna jakże rock-popowy "Effigy" z wyraźnie zaznaczoną linią basu z klawiszy, wokal jakże popowy - przebój murowany. 
Wielkie pop-rockowe kapele lat osiemdziesiątych nagrywały dokładnie takie same utwory zapełniając wielkie stadiony i zgarniając kupę kasy... spokojnie,spokojnie, wróćmy... my przecież słuchamy MINISTRY - tego Ministry, które nagrało "N.W.O" 
czy "Jesus Built My Hotrod" kilka lat później.
"Effigy" to Synteza lat osiemdziesiątych!
Drugi utwór to "Revenge" - początek to.... a jakżeby inaczej  B-Side Depeche Mode z okresu "Speak & Spell" 
czy "A Broken Frame".

"I Wanted To Tell Her" - świetny, przebojowy utwór z funkującą gitarą, gdzie kobiece chórki przypominają mi ... Janet Jackson.
"With Sympathy"  oraz "Here We Go" - to kolejne utwory-hymny na  cześć lat osiemdziesiątych, skojarzenia z Duran Duran czy Pet Shop Boys jak najbardziej na miejscu. Klawisze i wokale napędzają kompozycje z szybkością sekwencerów.
"Say You're Sorry" - saksofon w Minstry?
Czemu nie !
Piękny, rozmyty, romantyczny wokal plus rozkochany kobiecy głos - mamy kolejny gotowy przebój.
Płytę kończy chwytliwy "She's Got A Cause"
Przesłuchałem ten album kilka razy pod rząd, utwory wpadają do głowy i już tam zostają na kilka dni.
Jedna z najlepszych płyt lat osiemdziesiątych.
Właściwie na tej jednej płycie można poczuć atmosferę lat osiemdziesiątych: początki elektroniki, 
pop rockowe, chwytliwe melodie, żarliwe kobiece chórki, pewna naiwność połączona z przekonaniem o słuszności obranego celu.
Brzmienie i aranżacje nie wiadomo w którą stronę mają iść czy na słodko a może troszkę dać czadu... trzy lata później już wszystko wiadomo przychodzi album "Twitch" ale to już temat na inną opowieść
W 1992 roku wychodzi reedycja pod zmienionym tytułem "Work For Love".


                                                                                                     

środa, 15 sierpnia 2012

Pani Ula

Świetny wywiad z naszą śpiewaczką jazzową w którym Urszula Dudziak opowiada o początkach swojej kariery o spotkaniu z Krzysztofem Komedą, małżeństwie z Michałem Urbaniakiem oraz związku z Jerzym Kosińskim.
Co charakterystyczne w tym wywiadzie to, że widzimy panią Ulę, która jest  pełna ciepła, spokojna, spełniona muzycznie, otwarta a zarazem charyzmatyczna.
Bardzo miło się ogląda ten wywiad widząc tak szczęśliwą osobę.