poniedziałek, 24 marca 2014

Biografia Kraftwerk(u)

To już kolejna książka, która trafia na mój blog - tym razem biografia jednego z moich ulubionych zespołów: KRAFTWERK.
Mój opis będzie ultra fanatyczno-osobisto-nieobiektywny a więc nie bierzcie go sobie zbytnio do serca i potraktujcie z przymrużeniem oka aczkolwiek z pewną dozą prawdy.
Biografię "Kraftwerk Publikation" bo taka jest pełna nazwa napisał anglik David Buckley, wykładowca uniwersytecki, dziennikarz muzyczny, wsławił się bodaj najlepszą biografią Davida Bowie 
(fakty z obwoluty książki).
Wstęp napisał były członek grupy Karl Bartos, a przedmowę autor, który gdzieś zjeżdża na swoje osobisto-angielski temat, to na minus.
Książka posiada pomarańczową (!) okładkę z "prostą" grafiką elektrowni, o którą podobno zabiegają już ludzie aby wykorzystywać ten motyw na koszulki czy inne gadżety.
Ja napiszę tak: okładka jest chujowa i cały ten dizajn elektrowni jest do dupy - nie wiem jak można zabiegać o takie badziewie.







Fajna, gruba okładka książki z miłym w dotyku papierem, z dodanymi kilkunastoma kolorowymi zdjęciami to na duży plus.
Co mnie raziło najbardziej w tej pozycji to to, że tłumacz odmieniał nazwę Kraftwerk, tak nagminnie, że aż głośno przeklinałem czytając takie potworki językowe:
" Owszem czerpali z dorobku Kraftwerku, ale przede wszystkim..."
" Byli jednak i tacy, który  wzorowanie się na Kraftwerku potraktowali dosłowniej..."
" A zatem manekiny były w istocie awatarami Kraftwerku..."
" Drogi Karlu, piszę książkę o Kraftwerku..."
Dla mnie jako ekstremalnego fana grupy Kraftwerk takie kwiatki językowe dyskwalifikują książkę już na samym starcie.
Książka jest podzielona na kilkanaście rozdziałów, które ozdobione są quasi industrialnymi grafikami, które są ultra brzydkie i niby mają oddawać ducha grupy czy czasów ale nic z tego panie Buckley!





Pozycja jest napisana oczywiście chronologicznie a więc od zamierzchłych lat sześćdziesiątych poprzez kultowe lata siedemdziesiąte, kolarskie lata osiemdziesiąte, "stagnację" lat dziewięćdziesiątych, po czas obecny.
Jak się fani domyślają Buckley dotarł "tylko" do Bartosa oraz Flura a więc miał dość ograniczone pole widzenia przez co pod sam koniec książki ma dość znaczące wagę - zamienia się w pewnego rodzaju oskarżenie przeciwko pozostałym dwóm "podstawowym" członkom grupy.
Pojawiają się despotyzm oraz spore ilości pieniędzy, dość wybuchowa mieszanka jak na jedną książkę o grupie, która unika sławy i błysku fleszy jak ognia.
Książka kończy się w dość smutnym okolicznościach;
Schneider odchodzi, zostaje sam Hutter ze swoimi prywatnymi robotami, które grają tak jak on zechce a w tle zawiść, zazdrość i niechęć byłych członków grupy.
Jak to odebrać ?
Ja jako fanatyczny wielbiciel grupy nie skomentuję tego tak jak panowie ze Studia Kling-Klang.
Mi osobiście nie podoba się biografia Kraftwerku (SIC!) napisana przez pana Buckley'a, autor za często zjeżdża w pisarstwo znane z tabloidów takich jak The Sun czy Daily Mirror, szukając na siłę sensacji czy też posypując solą na gojącą się ranę czasu, nie pozwalając muzykom zapomnieć o zamierzchłych latach o których nawet nie mamy pojęcia.

Znacie angielski zespół Komputer?
Jeśli tak, to właśnie dokładnie tak "brzmi" ta książka!



 

piątek, 7 marca 2014

Zbigniew Namysłowski - Air Condition

Mój poprzedni wpis dotyczył jak nowe techniki remasteringu niszczą brzmienie muzyki, które zostały nagrane w starych dobrych analogowych czasach.  Jako aby nie być zbytnio stronniczym, że tylko loudness war jest "be", chciałbym napisać kilka zdań o płycie Zbigniewa Namysłowskiego - Air Condition, wydanej przez firmę ANEX na płycie kompaktowej.

Pierwotnie płyta została wydana "na czarnym krążku" w 1981 roku przez Polskie Stowarzyszenie Jazzowe Poljazz z serii "Biały Kruk Czarnego Krążka". 
W 1982 roku została wydana reedycja w Wielkiej Brytanii w firmie Affinty, specjalizującej się w wydawnictwach jazzowych.
Płyta składa się z siedmiu kompozycji a została nagrana w składzie:
Zbigniew Namysłowski - saksofony: altowy i sopranowy.
Władysław Sendecki - klawisze
Krzysztof Ścierański - gitara basowa
Dariusz Kozakiewicz - gitara
Andrzej Mrowiec - perkusja
Jerzy Tański - instrumenty perusyjne
Wojciech Kowalewski - perkusja

Już sam skład mówi nam jaka będzie mniej więcej muzyka oczywiście fusion i okolice.
Lecz nie będę pisał dziś o muzyce (uffff) lecz o ... brzmieniu tej płyty kompaktowej. 
Płytka zaczyna się dynamicznym utworem Speed Limit. Nie spodziewałem się jakiś tam fajerwerków brzmieniowych, płytka zagrała takim typowym polskim brzmieniem, jak ja to nazywam "gra mułem".
Ok, niech tak sobie gra, nie ma problemu, nawet to czasami  ma swój urok.
Schody zaczęły się jak płyta dochodziła co raz bardziej do swojego środka - porównując z adapterem do "szpindla".
Spadała dynamika i pojawiły się sybilanty !
Zaraz, zaraz przecież słuchamy płyty CD a nie pełnej wad płyty analogowej.
Przy czwartym utworze "Ladderman" byłem już w totalno-tonalnym szoku.
Płyta CD grała jak płyta analogowa, każdy wie, że im bliżej środka płyty jest igła gramofonu tym bardziej spada dynamika nagrania a przy źle ustawionej i "zajechanej" wkładce pojawiają się nieznośnie sybilanty.
Pod koniec tegoż utworu brzmienie było już tak tragiczne i jeszcze na domiar złego jakby dolepił się jeszcze zlepek kurzu do diamentu igły gramofonowej - tego nie można było już słuchać!
Igła z ledwością czytała zapis z rowka.
Dla potwierdzenia  moich przypuszczeń dodam, że ten utwór na wydaniu Poljazzu jest ostatnim, czwartym utworem na stronie A.
Dynamika utworu totalnie siadła, zobaczcie print screena z foobara2000, po lewej pierwszy utwór po prawej "Ladderman".

Szok.

Czyżby naszą "taśmą matką" dla płyty CD był dźwięk nagrany z płyty winylowej, zgranej na bardzo słabym gramofonie a na dodatek słabej, źle ustawionej wkładce ?
A może cały proces został zepsuty w tłoczni płyt CD ?
Płyta została od samego początku źle nagrana ?

Ja mam pytanie do blogowiczów: jak brzmią inne wydania tej płyty, szczególnie chodzi mi o analog.
Również grają tak słabo gra jak moja wersja CD ?

Jakie są wasze domysły ?
Czekam na komentarze.