wtorek, 24 listopada 2015

Mulatu Astatke - Sketches Of Ethiopia.

Otrzymałem kolejną płytę od sąsiada tym razem jest to Mulatu Astatke i jego album "Sketches Of Ethiopia".
Płyta została wydana w 2013 roku przez wytwórnię Jazz Village.
Mulatu Astatke urodził się w 1943 roku w Etiopii, w latach pięćdziesiątych rodzice wysłali go do Walii na studia inżynierskie jednak zrezygnował z nich na korzyść studiowania muzyki w Londynie.
Kilka lat później opuścił Wielką Brytanię i przeniósł się do Bostonu gdzie został pierwszym studentem z Afryki w Berklee College Of Music.
Muzyk bardzo szybko zainteresował się jazzem a szczególnie jego "cieplejszą stroną" a mianowicie Latin-Jazz.
Astatke w swojej muzyce z wielką gracją zaprzągł afrykańskie rytmy do jazzu używając m.in vibrafonu, conga czy też organów, nadając swój wyrazisty ryt. 
Jeśli chcecie posłuchać latyno-afrykańskiego jazzu to proszę tutaj.


piątek, 20 listopada 2015

Hard Stance - Face Reality.

Znacie zespół Hard Stance ?
Nie ?
Nie dziwi mnie to.
Znacie Rage Against The Machine ?
No ba !.
W obu przypadkach udzielał się Zacarias Manuel de la Rocha.
Hard Stance - to zespół grający żywiołowy, amerykański hardcore gdzie na gitarze grał znany nam wszem i wobec Zack de la Rocha.
Jak wypada nasza gwiazda na gitarze?
Przekonajcie się sami jak mu to wychodzi.





poniedziałek, 16 listopada 2015

Marcin Wasilewski Trio & Joakim Milder + Helen Sung, Milton Court, Londyn.

Wczorajszy koncert był częścią EFG London Jazz Festival, który odbywa się w wielu miejscach w stolicy Wielkiej Brytanii w dniach 13-22 listopad.
2000 artystów,
300 koncertów,
50 scen na których grają muzycy.
I to wszystko w jednym mieście, prawdziwy raj dla jazz-maniaków.
Może kilka słów o miejscu w którym odbył się koncert.
Milton Court jest nową częścią kulturalnego kompleksu jakim jest Barbican.
Został oddany do użytku kilka lat temu a właściwie to w tym budynku znajduje się szkoła muzyczna ... która otrzymała profesjonalną salę koncertową.
Nieźle co nie ?
Obok sali koncertowej została wybudowana wieża w której znajdują się apartamenty mieszkalne to chyba ogólnoświatowy trend.
Wieża ta nawiązuje stylem do swoich trzech starszych sióstr, które są ikonami brutalizmu w architekturze na świecie. 
Oczywiście nowy budynek nie jest betonowym kolosem, tylko szklanym odbiciem brutalizmu swojego starszego rodzeństwa.
Jest to mój pierwszy raz kiedy będę w Milton Court także z wielką ciekawością szliśmy na koncert.
Sala okazała się zdecydowanie mniejsza od tej która znajduję się w Barbican - myślę, że nawet trzykrotnie. Jednak ciepły kolor drewna i ogólny wystrój sali daje nam bardzo miłe, przytulne wrażenie. Dość szybko znaleźliśmy swoje miejsca gdzie przy każdym z foteli znajdował się po nad trzydziestu stronicowy folder z Londyńskiego festiwalu to norma w Barbican.
Mimo, że koncert został wyprzedany sala zapełniła się w 95%. 
Około 19.35 wyszła na scenę osoba jak na moje oko około 20 letnia kobieta (być może nawet uczennica tej szkoły) z pewnym luzem i typowo angielskim humorem zapowiedziała dzisiejszy koncert. 
Oczywiście pani nie mogła wypowiedzieć poprawnie nazwiska naszego pianisty, choć nie należy do szczególnie do "trudnych". Jednak typowo po angielsku wyszła z tej opresji zamieniając wszystko w żart.
Kilka minut później pojawiła się na scenie Helen Sung ze swoim zespołem.
Sung promowała swój najnowszy album "Anthem For A New Day", który został wydany rok temu przez Concord Jazz.
Muzyka jaki zaprezentował kwartet do bardzo klasyczny, dość sztywny w swojej formie jazz.
Nie ma co się dziwić, Sung studiowała muzykę klasyczną, która na pewno rzutuje na styl gry jaki wykonuje jej zespół. Chciałbym również dodać, że Sung pobierała również nauki u Rona Carter'a, Wayne Shorter'a i Herbie Hancock'a ... uffffffffff takie rzeczy tylko chyba w USA.
Przyznam się, że muzyka nie przypadła mi zbytnio do gustu, najbardziej podobała mi się gra perkusisty E.J. Strickland'a.
Również chyba pierwszy raz spotkałem się aby po każdym utworze muzyk wygłaszał kilku minutową przemowę, to trochę gubi, załamuje rytm koncertu.
Po około godzinie muzycy zeszli ze sceny pożegnani owacją.
15 minutowa przerwa techniczna i wchodzi główna gwiazda wieczoru 
Marcin Wasilewski Trio & Joakim Milder powitana bardzo gorąco. 
Obecnie grupa znajduje się na swoim tournee promującym album "Spark Of Life" wydanym dla kultowego ECM.
Rozpoczęli od spokojnej ballady, która aż wypełniła gorącą atmosferą całą salę koncertową. Zupełnie inne granie niż zespół Sung. Grupa pozwalała sobie na dość duży luz. 
Następnie usłyszeliśmy "Message In A Bottle" Stinga, tutaj zespół porwał całą publiczność, Marcin Wasilewski szalał za pianinem, jakże różniąc się stylem gry od Sung ! 
Grupa pozwoliła sobie przedłużyć ten utwór ku radości publiczności.
Po jednym z utworów Marcin wziął mikrofon aby przedstawić zespół i okazało się, że ... nie działa. Jednak muzyk niczym się nie przejął i przedstawił publiczności skład mimo wszystko bez mikrofonu. My będąc na balkonie słyszeliśmy dokładnie co powiedział - akustyka sali zrobiła swoje. 
Również saksofonista miał problem techniczny z odsłuchem i raz na utwór prosił aby coś poprawić z nim.
Grupa dalej kontynuowała swoją grę i za każdym razem zbierała bardzo gorący aplauz.
Usłyszeliśmy m.in Largo oraz Actual Proof.
Grupa zeszła ze sceny pożegnana bardzo, bardzo gorąco, niektórzy zaczęli wychodzić jednak znakomita większość została aby "zmusić" grupę do bisu.
No i udało się po kilku minutach pojawili się na scenie i zagrali oczywiście 
"Sleep Safe And Warm" Krzysztofa Komedy. Chyba nie mogli wybrać lepszej kompozycji.
Piękne pożegnanie z Londynem.
Po koncercie muzycy spotkali się z publicznością aby zamienić parę słów i podpisać swoje płyty.
To bardzo miło z ich strony ponieważ było widać, że występ kosztował zespół sporo energii.
Mi udało się zdobyć autografy całego składu ze "Spark Of Life"
Kolejny udany muzyczny wieczór, muzycy światowego formatu, piękna muzyka, sala i atmosfera.
Jakbyście mieli okazję zobaczyć Marcin Wasilewski Trio - nie ma co się zastanawiać, to chyba obecnie najlepszy polski skład jaki mamy na światowym firmamencie jazzu.





























piątek, 13 listopada 2015

Steve Reid - Daxaar.

Znajomy sąsiad raz po raz podrzuca mi nowe płyty przy których moje oko nawet by nie "przystanęło". 
Kilka dni temu otrzymałem płytę Steve Reid Ensemble - Daxaar.
Jest to płyta, która została nagrana w Senegalu w składzie liczącym osiem osób. 
Muzykę nagrano w Studio Dogo Dakar w 2007 roku.

Może kilka słów o tytułowym muzyku. 
Grał z największymi z największych jeśli chodzi o "czarną muzykę" a więc: James Brown, Sun Ra, Miles Davis, Ornette Coleman, już przy takim składzie każdemu kto siedzi w muzyce robi się "ciepło". 
Steve Reid ma za sobą także ... więzienną przeszłość ponieważ odmówił zapisania się do armii USA, która walczyła wówczas w Wietnamie. Po tym epizodzie przeprowadził się do Europy gdzie współtworzył scenę około jazzową.

Daxaar to bardzo dobra płyta, znajdziemy na niej bardzo lekkie, zwiewne kompozycje, które można określić jako jazz-rock. Spora zasługa gitar i klawiszy, które wrzucają muzykę na inne tory.
Płytę otwiera utwór "Welcome" - to chyba taki typowy afrykański utwór jaki laik-europejczyk może sobie wyobrazić. Lekka gitarka, typowo afrykańskie śpiewy, jest "słonecznie i kolorowo".
Kolejny utwór "Daxaar" pokazuje nam zupełnie inne oblicze, lekka gra perkusji, konga, zwiewne klawisze i gitary wnoszą nam powiew afrykańskiego wiatru.
"Jiggy Jiggy" - to już prawdziwie funkujący puls, gra fletu zwiewnie majaczy w tle, gitara niesie nas przez cały utwór - jest świetnie !
"Dabronxxar" - to chyba zaginiony utwór z sesji "Bitches Brew", kwaśny plamy dźwiękowe, trąbka, gitara, Miles uśmiecha się z góry na pewno!.
"Don't Look Back" - utwór kojarzy mi się z ... The Doors a to zasługa klawiszy, które grają monotonny dźwięk, perkusja świetnie wystukuje rytm ... chyba powoli zakochuję się w tej płycie !!!
Już nie będę więcej pisał tego trzeba posłuchać!
Jeśli ktoś chce się odprężyć po ciężkim dniu to tutaj na YT można przesłuchać.
Wzmacniacze na FULL. 




poniedziałek, 9 listopada 2015

Jack DeJohnette - Oneness.

W poprzednim poście napisałem o płycie, której nie można słuchać spokojnie ponieważ remaster oryginalnej taśmy okazał się wielką pomyłką, tym razem napiszę o płycie, która może być przykładem referencyjnego brzmienia płyty CD w naszym systemie audio.
Honor jakości płyty CD będzie bronić nie kto inny a niemiecka wytwórnia ECM.
Płytę nagrano w studio Right Track Recording, które mieści się w Nowym Jorku.
Pozycja została wydana w 1997 roku, za produkcję odpowiedzialny jest oczywiście Manfred Eicher.

W składzie znajdziemy:
- Jack DeJohnette - perkusja,
- Jerome Harris - gitary,
- Don Alias - instrumenty perkusyjne,
- Michael Cain - pianino.

Po pierwsze co się rzuca to oszczędność aranżacji, która mimo wszystko wypełnia całą przestrzeń.
Mimo, że muzyka nie jest "gęsta" i niby się "nic nie dzieje", muzycy prezentują swoje niezaprzeczalne umiejętności. 
Oczywiście wiodącym instrumentem jest perkusja DeJohnette, jednak zachowany jest umiejętnie balans, między poszczególnymi instrumentami.

Płytę otwiera dwu minutowy  utwór "Welcome Blessing", który wita nas kongosami i innymi przeszkadzajkami.
Drugi utwór "Free Above Sea" to umiejętna kompozycja, która balansuje między perkusją DeJohnette a pianinem Caina. W tle możemy usłyszeć znowu konga czy gitarę, które jako całość tworzy bardzo duszny wręcz niepokojący nastrój.
"Jack In" typowy dla mnie utwór w stylu DeJohnette, dla podkreślenia akcentów gitara i pianino mają swoje solo. Lekko i przyjemnie raz po raz instrumenty perkusje łamią ustalony rytm.
Płytę kończy 27 minutowa (!) kompozycja "From The Heart/C.M.A.".

Świetna płyta, rewelacyjne brzmienie co może nas utwierdzić, że dobrze zrealizowana muzyka wydana na wymierającym zdaje się nośniku jakim jest płyta CD, może przynieść nam wiele muzycznych wrażeń.
Dla każdego fana wytwórni ECM - płyta z  gatunku "Must have".