Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polish Jazz. Pokaż wszystkie posty
Pokazywanie postów oznaczonych etykietą Polish Jazz. Pokaż wszystkie posty

piątek, 29 stycznia 2016

Mazolewski Gonzales Quintet - Shaman.

Wytwórnia ForTune  chodziła za mną od dawna. 
Widziałem coś w sklepie, widziałem coś na sieci - zawsze rzucała mi się w oczy taka sama szata graficzna poligrafii.
Czarno-białe zdjęcie, różowy lub zielonkawy dodatek - ten sam wzór na każdym wydaniu.
Oczywiście patent ten został najpewniej zaczerpnięty z rytu okładek kultowego ECM, aby po pierwszym spojrzeniu na okładkę wiedzieć, że to jest ta wytwórnia a co za tym idzie oczekiwać dobrej muzyki.
Na dodatek potwierdzając tę tezę, płyty z polskiej wytwórni posiadają papierowe obwoluty, które jednak po rozpakowaniu z folii nie można nałożyć na opakowanie kompaktu.
Po kilku latach mijania się między półkami w sklepach muzycznych sprawiłem sobie prezent pod choinkę: dwie płyty z wytwórni ForTune, pierwszą z nich jest tytułowy Shaman.

Który to już projekt Wojtka Mazolewskiego?
Piąty, dziesiąty?
Sam nie wiem!
Nasz muzyk jazzowy, który przeżywa obecnie swoje 15 minut sławy aż kipi pomysłami raz po raz rozlewając swoją muzykę po wszechświecie.
Uwielbiany przez publiczność, hołubiony przez krytykę, przystojniacha spełnia się gdzie tylko może.

Tym razem zaprosił jazzowego weterana amerykańskiej sceny Dennisa Gonzalesa, który na stałe bazuje w Dallas.
Dennis przyjechał w 2010 roku do Polski, gdzie nagrał ów album na którym znajdziemy sześć kompozycji: Krzysztofa Komedy, Dennisa Gonzalesa no i oczywiście Wojciecha Mazolewskiego.
Płyta bardzo dobrze brzmi, może czasami jest za potężne brzmienie ale jak na polskie warunki jest naprawdę dobrze.
Do wydania dostarczona jest książeczka wydrukowana na wysokiej jakości papierze kredowym na którym można dowiedzieć się kilku rzeczy od muzyków jak powstawała ta płyta.
Chyba zostanę fanem tej wytwórni.



poniedziałek, 16 listopada 2015

Marcin Wasilewski Trio & Joakim Milder + Helen Sung, Milton Court, Londyn.

Wczorajszy koncert był częścią EFG London Jazz Festival, który odbywa się w wielu miejscach w stolicy Wielkiej Brytanii w dniach 13-22 listopad.
2000 artystów,
300 koncertów,
50 scen na których grają muzycy.
I to wszystko w jednym mieście, prawdziwy raj dla jazz-maniaków.
Może kilka słów o miejscu w którym odbył się koncert.
Milton Court jest nową częścią kulturalnego kompleksu jakim jest Barbican.
Został oddany do użytku kilka lat temu a właściwie to w tym budynku znajduje się szkoła muzyczna ... która otrzymała profesjonalną salę koncertową.
Nieźle co nie ?
Obok sali koncertowej została wybudowana wieża w której znajdują się apartamenty mieszkalne to chyba ogólnoświatowy trend.
Wieża ta nawiązuje stylem do swoich trzech starszych sióstr, które są ikonami brutalizmu w architekturze na świecie. 
Oczywiście nowy budynek nie jest betonowym kolosem, tylko szklanym odbiciem brutalizmu swojego starszego rodzeństwa.
Jest to mój pierwszy raz kiedy będę w Milton Court także z wielką ciekawością szliśmy na koncert.
Sala okazała się zdecydowanie mniejsza od tej która znajduję się w Barbican - myślę, że nawet trzykrotnie. Jednak ciepły kolor drewna i ogólny wystrój sali daje nam bardzo miłe, przytulne wrażenie. Dość szybko znaleźliśmy swoje miejsca gdzie przy każdym z foteli znajdował się po nad trzydziestu stronicowy folder z Londyńskiego festiwalu to norma w Barbican.
Mimo, że koncert został wyprzedany sala zapełniła się w 95%. 
Około 19.35 wyszła na scenę osoba jak na moje oko około 20 letnia kobieta (być może nawet uczennica tej szkoły) z pewnym luzem i typowo angielskim humorem zapowiedziała dzisiejszy koncert. 
Oczywiście pani nie mogła wypowiedzieć poprawnie nazwiska naszego pianisty, choć nie należy do szczególnie do "trudnych". Jednak typowo po angielsku wyszła z tej opresji zamieniając wszystko w żart.
Kilka minut później pojawiła się na scenie Helen Sung ze swoim zespołem.
Sung promowała swój najnowszy album "Anthem For A New Day", który został wydany rok temu przez Concord Jazz.
Muzyka jaki zaprezentował kwartet do bardzo klasyczny, dość sztywny w swojej formie jazz.
Nie ma co się dziwić, Sung studiowała muzykę klasyczną, która na pewno rzutuje na styl gry jaki wykonuje jej zespół. Chciałbym również dodać, że Sung pobierała również nauki u Rona Carter'a, Wayne Shorter'a i Herbie Hancock'a ... uffffffffff takie rzeczy tylko chyba w USA.
Przyznam się, że muzyka nie przypadła mi zbytnio do gustu, najbardziej podobała mi się gra perkusisty E.J. Strickland'a.
Również chyba pierwszy raz spotkałem się aby po każdym utworze muzyk wygłaszał kilku minutową przemowę, to trochę gubi, załamuje rytm koncertu.
Po około godzinie muzycy zeszli ze sceny pożegnani owacją.
15 minutowa przerwa techniczna i wchodzi główna gwiazda wieczoru 
Marcin Wasilewski Trio & Joakim Milder powitana bardzo gorąco. 
Obecnie grupa znajduje się na swoim tournee promującym album "Spark Of Life" wydanym dla kultowego ECM.
Rozpoczęli od spokojnej ballady, która aż wypełniła gorącą atmosferą całą salę koncertową. Zupełnie inne granie niż zespół Sung. Grupa pozwalała sobie na dość duży luz. 
Następnie usłyszeliśmy "Message In A Bottle" Stinga, tutaj zespół porwał całą publiczność, Marcin Wasilewski szalał za pianinem, jakże różniąc się stylem gry od statycznej Sung ! 
Grupa pozwoliła sobie przedłużyć ten utwór ku radości publiczności.
Po jednym z utworów Marcin wziął mikrofon aby przedstawić zespół i okazało się, że ... nie działa. Jednak muzyk niczym się nie przejął i przedstawił publiczności skład mimo wszystko bez mikrofonu. Będąc na balkonie słyszeliśmy dokładnie co powiedział - akustyka sali zrobiła swoje. 
Również saksofonista miał problem techniczny z odsłuchem i raz na utwór prosił aby coś poprawić z nim.
Grupa dalej kontynuowała swoją grę i za każdym razem zbierała bardzo gorący aplauz.
Usłyszeliśmy m.in Largo oraz Actual Proof.
Grupa zeszła ze sceny pożegnana bardzo, bardzo gorąco, niektórzy zaczęli wychodzić jednak znakomita większość została aby "zmusić" grupę do bisu.
No i udało się po kilku minutach pojawili się na scenie i zagrali oczywiście 
"Sleep Safe And Warm" Krzysztofa Komedy. Chyba nie mogli wybrać lepszej kompozycji.
Piękne pożegnanie z Londynem.
Po koncercie muzycy spotkali się z publicznością aby zamienić parę słów i podpisać swoje płyty.
To bardzo miło z ich strony ponieważ było widać, że występ kosztował zespół sporo energii.
Mi udało się zdobyć autografy całego składu ze "Spark Of Life"
Kolejny udany muzyczny wieczór, muzycy światowego formatu, piękna muzyka, sala i atmosfera.
Jakbyście mieli okazję zobaczyć Marcin Wasilewski Trio - nie ma co się zastanawiać, to chyba obecnie najlepszy polski skład jaki mamy na światowym firmamencie jazzu.





























wtorek, 30 grudnia 2014

Podsumowanie roku 2014.

Mijający rok to kolejne 365 dni, w których szerokim łukiem omijałem "nową muzykę".
To kolejny rok w którym cofnąłem się do lat 60, 70 w poszukiwaniu dobrego brzmienia, starannej realizacji czy mistrzowskiej aranżacji muzyki.
To kolejny rok w którym panował jazz i okolice.
To kolejny rok w którym "łykałem" prawie wszystko z wytwórni ECM w poszukiwaniu brzmienia  oraz muzycznych wrażeń.
Kolejny rok poszukiwań w polskim jazzie, który bardzo wyróżnia się na tle europejskiego nurtu a co najważniejsze jest ciągle twórczy.
Oczywiście przesłuchiwanie  historycznych nagrań jak i całkiem nowych z roku 2014.
Co do "zagranicznego" jazzu to jestem obecnie na etapie kompletowania podstawowej dla mnie dyskografii Milesa Davisa.
Co do nośnika to nie wyróżniałbym żadnego a więc pliki, cd oraz winyl - wszystkie te media sprawiają wielką frajdę oczywiście staram się już omijać mp3 choć przy dobrym kodeku też ładnie potrafi zaskoczyć.
A jaka nowa muzyka w 2014 ?
Może zacznę troszkę inaczej.
Black Sabbath - przysięgam, że nigdy w życiu nie przesłuchałem
ŻADNEGO CAŁEGO ALBUMU
Aż do wakacji... .

Podczas letnich dni kolega namówił mnie aby pójść na koncert Sabbathów, przyznam się że nie byłem specjalnie przekonany aby pójść zobaczyć Ozziego oraz spółkę ale koniec końców dałem się namówić.
I to co usłyszałem zmieniło moje postrzeganie tego zespołu a także pokazało mi jaki ten zespół miał wpływ na muzykę metalową.
Zostałem po prostu zniszczony prostotą ale i również systematyką riffów, temp w jakich gra zespół - absolutna klasyka metalu jak i muzyki rockowej w ogóle.
Także od wakacji jestem zagorzałym fanem Black Sabbath !.
Tutaj można zobaczyć londyński koncert.
Coś nowego ?
Może Aphex Twin "Syro".
Cały elektroniczny świat oczekiwał na nowy album Irlandczyka i się doczekał po... 13 latach.
Ja również należę do wielbicieli twórczości Richarda... ale z naciskiem na dwa pierwsze albumy, które wyniosły muzyka na Olimp. Kolejne dwa albumy to zatracenie się w chaosie i zgubienie wyznaczonej trasy z początku lat dziewięćdziesiątych.
"Syro"  - jest w pewnym stopniu powrotem do starych dobrych brzmień znanych z lat osiemdziesiątych jednak w nowej aranżacji. 
Całe szczęście nie ma tam chaosu i szybkich temp znanych z na przykład z "Drukqs".
Nie jest to jakoś wybitny album jednak to dobrze, że się ukazał, fani czekali na ten album aż 13 lat.
Rok 2014 to również koncerty które dało się zobaczyć o to kilka z nich:
- Jack DeJohnette,
- Robert Henke,
- PROMS,
- Black Sabbath,
- Tomasz Stańko.
Oby następny rok nie był gorszy w muzyczne wrażenia czego i Wam życzę.
                                                 MUSIC NON STOP








wtorek, 5 sierpnia 2014

The Quartet.

To już druga płyta CD wydana przez wydawnictwo ANEX, którą miałem okazję przesłuchać i drugi raz jakość dźwięku jest poniżej krytyki. Moją pierwszą płytą z tej wytwórni była "Air Condition" Zbigniewa Namysłowskiego. Ten przypadek opisałem w moim poście Tutaj.
Z zapisem muzyki The Quartet jest dokładnie tak samo a więc:
- Źle skalibrowany gramofon,
- Bardzo słaba jakość wkładki,
- Jakość dźwięku na żenująco niskim poziomie.
Naprawdę nie wiem jaki jest sens aby wydawać płyty CD o tak fatalnej jakości dźwięku, chyba tylko po to aby wyciągnąć po raz kolejny pieniążki od fanów muzyki.
Ja rozumiem, płyta nigdy nie ukazała się na srebrnym krążku, na pewno sporo wielbicieli jazzu czeka na ten album ale wydawać w tak  słabej jakości ?
Drodzy blogowicze jeśli czytacie mój wpis, to uważajcie na wydawnictwa firmy ANEX, dla mnie 
firma-naciągacz. Podczas zakupu w sklepie, pytajcie od razu sprzedającego czy istnieje opcja zwrotu płyty po przesłuchaniu (jeśli jakość dźwięku Was nie zadowoli) bo i po co słuchać płyty CD, gdzie "taśmą matką" jest zapis płyty winylowej w dodatku ze źle skalibrowaną wkładką o podłej jakości. 



 



środa, 23 lipca 2014

S.P.P.T. Chałturnik.

Jan "Ptaszyn" Wróblewski jest jedynym znanym mi polskim jazzmanem, który ma wielki dystans do 
"tak bardzo poważnego" jazzu czy samej osoby w ogóle. Muzyk, który występuje na scenie pół wieku, 
grał z najważniejszymi w polskim jazzie, ogromne doświadczenie, wyczucie, grający bardzo charakterystycznym, romantycznym brzmieniem saksofonu ale także obdarzony ogromnym poczuciem humoru z plastyczną swobodą nazywając swoje utwory według sobie znanego kodu.
Jan Szpargatoł Mahawiśnia, Lampasiasty, Bitwa O Grzędę, Dookoła Wojtek, to tylko kilka przykładów z przeogromnej dyskografii muzyka.
W 1974 roku zaprosił jednych z najważniejszych w polskim jazzie aby nagrać płytę-żart, bo chyba tak można określić ten album, który w całości ma nazwę:
Stowarzyszenie Popierania Prawdziwej Twórczości CHAŁTURNIK.
Na płycie znajdziemy m.in. Zbigniewa Namysłowskiego, Bronisława Suchanka, Janusza Muniaka 
a więc muzyków, którzy zdobyli już uznanie na świecie jak i w Polsce.
Jaki był cel nagrania tego albumu ?
Przyznam się, że nie udało mi się przejść przez cały album, utknąłem  na utworze "Cockneyem" w którym wokale zostały przepuszczone przez "dziwną maszynkę", które jednych mogą śmieszyć a drugich irytować
Tak jak napisałem powyżej muzycy po prostu zrobili sobie taki mały żarcik, bo jak można zagrać peruwiański utwór
"El Condor Pasa" w a la jazzowym sosie, który może być śmiało tłem do włoskich westernów? Kolejny przykład to utwór ... Maryli Rodowicz "Małgośka", żeby daleko się nie zapędzać Wróblewski wziął na warsztat również utwór Tomasza Stańko "Music For K." oczywiście zagrany w Chałturnikowym stylu. A więc jak sami widzimy rozrzut stylistyki przeogromny.

Czy polecam ten album ?
Niech sobie blogowicze sami wyrobią opinię na ten temat.
Dla mnie to taka mała ciekawostka dość ciężko strawna ciekawostka.
Pozdrawiam.

piątek, 9 maja 2014

Czesław Bartkowski - Drums Dream

Płyta wydana w kultowej serii Polish Jazz # 50 w 1976 roku.
Muzykę nagrano w składzie:
Czesław Bartkowski - perkusja,
Adam Makowicz, Wojciech Karolak - instrumenty klawiszowe,
Tomasz Szukalski - saksofon tenorowy,
Tomasz Stańko - trąbka,
Jan Wróblewski - dyrygent
Studio Jazzowe Polskiego Radia.

Szybkie spojrzenie na skład i widzimy ścisłą czołówkę polskiego jazzu, brakuje jeszcze Urbaniaka, Dudziak, Seiferta i mielibyśmy "Polish Jazz Dream Band".
Jak to z brzmieniem polskich płyt bywa różnie także i "Drums Dream" nie gra wybitnie.
Brzmienie muzyki jako "całość" nie jest najwyższych lotów, gra tak sobie, jednak chciałbym zwrócić uwagę na coś innego: Jak jest nagrana perkusja.
Według mnie cała koncentracja realizatora dźwięku została skierowana na nagłośnienie (nagranie) perkusji. 
Chyba nie ma co się dziwić - przecież to autorska płyta perkusisty.
Efekt końcowy jest więcej niż wyśmienity - spokojnie winyl może być naszą płytą referencyjną jeśli chcemy usłyszeć jak nasz system audio radzi sobie z zestawami perkusyjnymi.
Przestrzeń, stopa, talerze, bębny, zwróćcie uwagę na te elementy podczas słuchania tej płyty.
Jest wybornie.
Przeczytałem gdzieś na pewnym forum, że płyta cd po masteringu bije na głowę winyl a więc czekam na wasze wrażenia muzyczne.
Winyl na sieci kosztuje około 50 PLN a cd od 30 PLN.
Śpieszcie się!
Zapraszam do odsłuchów.

Kilka próbek na YT.
Czesław Bartkowski - Rozmowa Ze Śliwką Bez Pestek
Czesław Bartkowski - Druga Swobodna Etiuda
Czesław Bartkowski - FAO / Rozmowa Z Dzwonem
Czesław Bartkowski - Drums Dream / Przejściówka

piątek, 7 marca 2014

Zbigniew Namysłowski - Air Condition

Mój poprzedni wpis dotyczył jak nowe techniki remasteringu niszczą brzmienie muzyki, które zostały nagrane w starych dobrych analogowych czasach.  Jako aby nie być zbytnio stronniczym, że tylko loudness war jest "be", chciałbym napisać kilka zdań o płycie Zbigniewa Namysłowskiego - Air Condition, wydanej przez firmę ANEX na płycie kompaktowej.

Pierwotnie płyta została wydana "na czarnym krążku" w 1981 roku przez Polskie Stowarzyszenie Jazzowe Poljazz z serii "Biały Kruk Czarnego Krążka". 
W 1982 roku została wydana reedycja w Wielkiej Brytanii w firmie Affinty, specjalizującej się w wydawnictwach jazzowych.
Płyta składa się z siedmiu kompozycji a została nagrana w składzie:
Zbigniew Namysłowski - saksofony: altowy i sopranowy.
Władysław Sendecki - klawisze
Krzysztof Ścierański - gitara basowa
Dariusz Kozakiewicz - gitara
Andrzej Mrowiec - perkusja
Jerzy Tański - instrumenty perusyjne
Wojciech Kowalewski - perkusja

Już sam skład mówi nam jaka będzie mniej więcej muzyka oczywiście fusion i okolice.
Lecz nie będę pisał dziś o muzyce (uffff) lecz o ... brzmieniu tej płyty kompaktowej. 
Płytka zaczyna się dynamicznym utworem Speed Limit. Nie spodziewałem się jakiś tam fajerwerków brzmieniowych, płytka zagrała takim typowym polskim brzmieniem, jak ja to nazywam "gra mułem".
Ok, niech tak sobie gra, nie ma problemu, nawet to czasami  ma swój urok.
Schody zaczęły się jak płyta dochodziła co raz bardziej do swojego środka - porównując z adapterem do "szpindla".
Spadała dynamika i pojawiły się sybilanty !
Zaraz, zaraz przecież słuchamy płyty CD a nie pełnej wad płyty analogowej.
Przy czwartym utworze "Ladderman" byłem już w totalno-tonalnym szoku.
Płyta CD grała jak płyta analogowa, każdy wie, że im bliżej środka płyty jest igła gramofonu tym bardziej spada dynamika nagrania a przy źle ustawionej i "zajechanej" wkładce pojawiają się nieznośnie sybilanty.
Pod koniec tegoż utworu brzmienie było już tak tragiczne i jeszcze na domiar złego jakby dolepił się jeszcze zlepek kurzu do tipu igły gramofonowej - tego nie można było już słuchać!
Igła z ledwością czytała zapis z rowka.
Dla potwierdzenia  moich przypuszczeń dodam, że ten utwór na wydaniu Poljazzu jest ostatnim, czwartym utworem na stronie A.
Dynamika utworu totalnie siadła, zobaczcie print screena z foobara2000, po lewej pierwszy utwór po prawej "Ladderman".

Szok.

Czyżby naszą "taśmą matką" dla płyty CD był dźwięk nagrany z płyty winylowej, zgranej na bardzo słabym gramofonie a na dodatek słabej, źle ustawionej wkładce ?
A może cały proces został zepsuty w tłoczni płyt CD ?
Płyta została od samego początku źle nagrana ?

Ja mam pytanie do blogowiczów: jak brzmią inne wydania tej płyty, szczególnie chodzi mi o analog.
Również grają tak słabo gra jak moja wersja CD ?

Jakie są wasze domysły ?
Czekam na komentarze.


środa, 19 lutego 2014

Michał Urbaniak - Urbaniak. Polskie płyty winylowe też ładnie grają.

Narzekamy na polskie tłoczenia, że bardzo słabo brzmią, nie ma w nich polotu i życia.
Niestety jest to prawda, że większość rodzimych wydań nawet nie osiąga 50% jakości brzmienia jakie mają płyty wydane na tzw. Zachodzie, Japonii czy USA.
Żeby się o tym łatwo przekonać porównajcie sobie jakąś płytę z serii Polish Jazz do wydawnictw wytwórni ECM. 
Jest to ogromna przepaść, polskie płyty przegrywają w każdym aspekcie jeśli chodzi o brzmienie, dynamikę itp. rzeczy.

Aby nie popadać w zbytnie polskie skrajności chciałbym przedstawić dobre polskie tłoczenie a jest nią płyta  Michała Urbaniaka wydana przez Tonpress w 1977 roku (SX 1837).

Płytę otwiera super przebojowy "Tie Breaker".
Utwór poświęcony Wojciechowu Fibakowi, który w tym czasie święcił swoje tryumfy jako tenisista.
Przyznam się, że zrobiłem wielkie "UUUUUUUUUUUUUU" będąc pod wrażeniem dźwięków jakie dochodziły do mnie. Doznałem małego szoku.
Kolejny utwór to Strife, rozpoczyna się świetnym funkującym basem, który jest szkieletem całego utworu, podporządkowując sobie całą kompozycję "pod siebie".
"Mountaineers" - nie wiem czemu kojarzy mi się momentami, że są tam przemycone nutki polskiego folkloru, Namysłowski robi świetną robotę, perkusja wygrywa stałe monotonne tempo.
"Weird Creatures" - po raz kolejny rozpoczyna bas, moog urozmaica swoimi paternami utwór, ścisła światowa czołówka z mistrzowską solówką Urbaniaka.
"Jasmine Lady" - to oczywiście kompozycja Namysłowskiego, o lekkim zabarwieniu "azjatyckim", fajne chórki o takiej soulowej, czarnej barwie, to nie śpiewa chyba Urszula, choć nikt na okładce nie jest wymieniony jako ekstra wokal.
"Always Ready" - rozpoczyna się ponad minutową zagrywką Urbaniaka na skrzypce aby przejść do mocnego basowego grania, perkusja robi po raz kolejny świetną robotę. Głos Urszuli Dudziak jest kolejnym bardzo ważnym "instrumentem" w tym utworze.
"Stray Sheep" - ostatni utwór na płycie na którym żegna się ze słuchaczem Namysłowski, ten utwór należy do niego. Pod koniec muzycy przechodzą do folkowego rytmu, urzekając nas raz po raz swoimi zagraniami.

Album został nagrany w Zurychu w międzynarodowym składzie:
Michał Urbaniak - violin, lyricon,
Urszula Dudziak - voice, percussion,
Zbigniew Namysłowski - alto sax, flute,
Kenny Kirkland - fender piano, poly-moog, mini-moog,
Tony Bunn - bass guitar,
Lurenda Featherstone - drums.
Utwory są kompozycjami Michała Urbaniaka oraz Zbigniewa Namysłowskiego.

Tak się zastanawiam narzekając na polskie tłoczenia, dlaczego ta płyta tak dobrze gra ?
Czy dlatego, że była nagrywana poza Polską (a więc nie polski realizator, studio itd.) ?
Ktoś  w centrali w Polsce zdecydował, OK na tej płycie nie "oszczędzamy".
Dlaczego polskie płyty tak słabo grają ? 
Ponieważ nie było w Polsce żadnego dobrego studia, realizatora ?
Może dlatego, że "taśma matka" nagrana w studio jest podłej jakości i przez to muzyka traci się całą moc ?
Wina tłoczni (mastering) oraz jakość płyty winylowej (z czego jest wykonana) ?

Jakie są wasze przemyślenia ?
Dlaczego polskie płyty winylowe tak słabo grają ?



wtorek, 12 listopada 2013

Komeda na urodziny

Komeda -  Księżycowy Chłopiec.
Od kochanej dziewczyny  dostałem dziś na urodziny książkę o naszym kultowym muzyku Krzysztofie Komedzie-Trzcińskim.
Pozycja jest schludnie wydana, kredowa obwoluta, gruba oprawa, mnóstwo fotografii.
Po raz kolejny otrzymuję pozycję obowiązkową w każdej bibliotece fana muzyki.
Nie przeczytałem oczywiście jeszcze tej książki lecz widać, że jest napisana przez Emilię Baturę w miarę chronologicznie, okraszona licznymi fotografiami jak wspomniałem powyżej. Książka jest podzielona na wiele rozdziałów, które prowadzą nas przez życie wielkiego kompozytora, który odszedł od nas o wiele, wiele lat za wcześnie.


czwartek, 29 sierpnia 2013

JAzz, Urbanator

W zeszłym roku dostałem na urodziny książkę "Ja, Urbanator". Jako, że "znów" zacząłem czytać książki (jakkolwiek to brzmi) i zakupiłem w ciągu krótkiego czasu kilka pozycji, nasz "Urbanator" musiał poczekać w kolejce.
Książkę spisał Andrzej Makowiecki a opowiadał Michał Urbaniak, nasz "eksportowy" muzyk jazzowy.
Pozycja została napisana w  innym stylu niż  np. opisana na moim blogu wcześniej biografia Tomasza Stańko "Desperado",  a mianowicie nie w formie wywiadu, a jest podzielona na ważne rozdziały z życia Urbaniaka. Książka została napisana bardzo wartkim językiem, przez co czyta się bardzo łatwo i z wielką przyjemnością, tym bardziej, że nasz bohater "rozwiązał język" i raz po raz zarzuca czytelnika anegdotami czy historiami ze swojego życia czy przebogatej kariery.
Książka jest ułożona w miarę chronologicznie a więc dzieciństwo, lata młodzieńcze, wybuch kariery czy życie w Nowym Jorku.
Co strona to opowieść przy której szeroko otwierałem oczy ze zdziwienia, czy śmiałem się do rozpuku. Nie chcę oczywiście przytaczać fragmentów książki aby nie psuć "zabawy" blogowiczom.
Po prostu pozycja obowiązkowa w każdym domu fana jazzu czy muzyki.
Książka jest fajnie wydana, przyjemny papier, liczne fotografie zachęcają do szybkiego pochłonięcia pozycji.
Tak na marginesie to pełna nazwa książki to "Ja, Urbanator - Awantury Muzyka Jazzowego" - teraz już wiem dlaczego.


czwartek, 16 maja 2013

Tomasz Stańko + New York Quartet oraz John Surman w londyńskim Barbican Art Center.

Wczoraj 15 maja miałem przyjemność zobaczyć Tomasza Stańko ze swoim nowym zespołem oraz zasłużonego angielskiego muzyka Johna Surmana.
Tomasz Stańko jest obecnie na swoim światowym tournee z płytą "Wisława" wydanej dla wytwórni ECM a 
John Surman promował swój album "Saltash Bells".
Koncert odbył się w zasłużonym Barbican Art Center.
Może kilka słów o Barbicanie. Miejsce gdzie znajduje się obecnie centrum kultury zostało bardzo ciężko zbombardowane podczas Blitzu w 1940 roku. Spora działka praktycznie została nie ruszona od czasów wojny do lat  60-tych kiedy to Londyńska Korporacja "funduje" narodowi centrum kultury oraz mieszkania gdzie koszt budowy wyniósł 160 milionów funtów co przy obecnej wartości waluty daje sumę około 420 milionów funtów.



Centrum zostało zaprojektowane przez grupę architektów: Chamberlin, Powell and Bon w stylu Brutalizmu jakże popularnym w owych czasach. Także i w Polsce mamy (mieliśmy) kilka kultowych Brutalnych architektonicznie miejsc jak na przykład Dworzec w Katowicach (obecnie zburzony). 
I to nas różni od "Zachodu" my burzymy a oni restaurują i dbają. Świetnym przykładem jak to wszystko działa jest Dworzec Centralny w Warszawie.
Nieremontowany przez 30 lat, padł ofiarą dzikiego chaosu ostatnich 20 lat, budy z frytkami, zapuszczone korytarze, chaos stylistyczny, a ponad to wszystko smród i brud.
Tak samo jak z Brutalem z Katowic chciano się obejść z dworcem w Warszawie - ZBURZYĆ. 
Jedyne wyjście z sytuacji (czytaj najprostsze).
A wystarczyło TYLKO umyć, od nowa zaprojektować przestrzeń dworca i ... wszyscy zadowoleni, nie było końca zachwytów. Tak sobie myślę, że jeszcze ktoś, kiedyś odpowie za tego Brutala Z Katowic i wiele innych 
"źle urodzonych" budynków.



Trochę się zapuściłem w niemuzyczne klimaty ale chciałbym zahaczyć o jak najwięcej rejonów i pokazać jak to wszystko może być ciekawie ze sobą połączone.
Wróćmy do muzyki. Sala została w 95% zapełniona przez audytorium co mówi nam o popularności muzyków. Przed koncertem można było nabyć płyty cd wykonawców oraz otrzymać 165 stronicowy katalog ECM-u.
Punktualnie o 20 godzinie wszedł kurator koncertu i po kilku słowach wstępu zaprosił Johna na scenę. 
Na scenie znajdował się spory stół na na nim trochę instrumentów i trochę elektronicznych zabawek. Co ciekawe John zaczął od utworu na ... flet. Jak to później wyjaśnił muzyk znalazł ten flet w kartonie, który nie był otwierany od wielu wielu lat. Następny utwór to już powrót do Surmanowskich klimatów: klarnet plus świetne elektroniczne tło w stylu berlińskiej szkoły.





Następny utwór i zmiana instrumentu, tym razem saksofon barytonowy. 
Znowu dźwięk zaczął się rozprzestrzeniać z wielką mocą po całej sali.
Następny utwór to znowu klarnet podłączony do delay'a a razem z tym świetna zabawa muzyka z pogłosem dająca piorunujący efekt, który publiczność przyjmuje z wielką owacją. Kolejny utwór i tym razem poezja na początek gdzie z czasem wchodzi elektroniczne tło i gra Surmana na instrumencie.
Generalnie publiczność przyjęła set Johna z wielkim entuzjazmem nagradzając wielką owacją. 
Muzyk na zakończenie podziękował akustykowi z Barbicanu za świetną robotę.
Surman grał około 45 minut, kwadrans przerwy, punktualnie o 21 znowu kurator wygłasza krótką przemowę i wchodzi Tomasz Stańko a za nim nowojorscy muzycy.
Wielka owacja przywitała muzyków, nie ma się co dziwić przecież niemały procent widowni to byli Polacy. Minuta, dwie na przygotowanie się do gry i popłynęła muzyka, oczywiście z "Wisławy". 
Tomasz Stańko w swoim stylu ubrany w garnitur oraz czarny kapelusz umiejscowił się na centralnym miejscu 
sceny - w końcu to jego show.

Po prawej stronie (widowni) zasiadł perkusista po środku kontrabas a po lewej stronie fortepian. 
Bardzo podobała mi się oprawa graficzna sceny - rzuty prostej grafiki na powierzchnię za muzykami oraz na podłogę a wszystko w stonowanych kolorach.
Co o nowych muzykach Stańki ? Przede wszystkim perkusista to on robił wielkie wrażenie na publiczności a nawet czasami był pierwszym instrumentem na sali, jak myślę za pozwoleniem mistrza. Co ciekawe raz na jakiś czas Stańko schodził na bok sceny i pozwalał muzykom robić swoje show. 
Na ile w tym wolności a ile wykreowanej gry to już pewnie wiedzą sami muzycy. Jednak robiło to wrażenie jak Stańko przestawał grać schodził na bok sceny stawał z rękoma w kieszeniach i obserwował "ojcowskim okiem" grę muzyków.
Większość utworów zagrana podczas setu to utwory z "Wisławy" a szkoda jest tak wiele wspaniałych utworów z przebogatej kariery muzyka ale tak to już jest trzeba promować nowe utwory i obserwować reakcję publiczności.
A właśnie co o publiczności ?
Niestety nie obyło się bez kilku incydentów, na przykład podczas utworu pewna kobieta krzyknęła do człowieka obok po angielsku "Przetań rozmawiać" a ten ktoś odkrzyknął "Zamknij się" i wywiązała się pyskówka jednak nie słyszałem dalszego "dialogu" ponieważ muzycy zaczęli grać. Mam nadzieję, że nie był to nasz rodak.
Nieważne, niesmak pozostał.
Set Stańki trwał około 2 godzin, oczywiście nie obyło się bez bisów - ktoś z widowni krzyknął po polsku 
"jeszcze dwa utwory" . Jednak muzycy zagrali tylko jeden utwór i szybko zeszli ze sceny.
Był to mój pierwszy koncert na którym miałem okazję zobaczyć Tomasza Stańkę, był to mój również pierwszy raz gdzie byłem na sali, gdzie akustyka i nagłośnienie były na światowym poziomie, myślę że to nie był mój ostatni koncert w Barbicanie w moim ulubionym budynku w Londynie.