poniedziałek, 20 maja 2013

Chris & Cosey + Mika Vainio + Powell

19 maj, kolejne zderzenie z kultowymi muzykami. Nie ma co się długo zastanawiać trzeba iść jak przystało na fanatyka Throbbing Gristle. Jako, że T.G. widziałem już kilka lat temu, czas zobaczyć elektroniczne-prymitywne wcielenie zakochanej w sobie pary.
Mika Vainio, wiadomo kultowe Pan Sonic, świetne Ø czy Philus, zbiera znakomite recenzje przemierzając świat ze swoimi projektami. Chyba bardziej byłem zaciekawiony występem Vainio niż C&C, może dlatego, że mniej więcej spodziewałem się co będzie grać londyński duet niż po ekscentrycznym Finie.
Przyznam się spóźniłem się na występ Powell, około 19.40 pojawił się Mika ubrany w czarną koszulę i kapelusz (prawie jak Tomasz Stańko).
No i zaczęło się, klub "Heaven" nie miał absolutnie litości dla widowni, głośność była chyba na maksa bo momentami czułem jak unoszę się nad podłogą. Mika straszliwie robił hałas, raz po raz racząc nas bitem. Trochę to chaotycznie dla mnie wyglądało, jakby muzyk grał kawałek utworu i nagle przechodził do kolejnego bez składu, także nie można było się wczuć dłużej niż kilka minut na jednym utworze. 

Szkoda również, że nie było widać instrumentów muzyka, ponieważ zostały zasłonięte przez zabawki Cartera.
Mi się osobiście nie podobał Mika Vainio, za dużo chaosu i hałasu (!).
Vaino po swoim secie zszedł ze sceny, bez żadnego podziękowania, machnięcia ręką, skinienia głową nawet nie spojrzał w stronę widowni - poprostu zszedł... .

Czas na C & C, zaczęli prawie dokładnie o czasie, nie musieli rozstawiać całego sprzętu - zrobili to przed koncertem także kilka minut i ogień.
Cosey z laptopem, tabletem, drum maszyną i efektami na froncie a Chris po prawej stronie sceny pod ukosem. No i teraz nagłośnienie klubu pokazało całą swoja klasę
Z głośników popłynęły piękne brzmienia znane z albumów C & C czy CTI. Publiczność od samego początku załapała klimat, który opływał scenę, pełen seksu i ciepła. Niektórzy zaczęli tańczyć, niektórzy śpiewać. 
Cosey od samego początku załapała klimat z audytorium, wymieniając uśmiechy czy opowiadając anegdoty. Chris ciężko pracował z boku sceny aby wszystko było na czas i zagrane z precyzją. Zgromadzona publiczność, (zapełniła może 60-70% klubu) była pod ogromnym wrażeniem Duetu za każdym razem nagradzając głośną owacją. Z utworu na utwór rozkręcała się zabawa C & C - publika, Cosey świetnie akcentowała utwory grą ciała, śpiewem czy chwytliwymi zagraniami na drum maszynie czy gitarze. C & C na koniec zagrali całkiem nowy utwor "Coolicon" z transowym bardzo mocnym brzmieniem, po koncercie udało mi się zakupic ową 10 calówkę.

Publiczność owacyjnie przyjmowała każdy utwór jednak na bis już nie dali rady. To chyba taka londyńska przypadłość, udany koncert, publika rozgrzana do czerwoności, muzycy schodzą, ludzie chcą bisów ale po minucie wzywania na scenę gwar cichnie i zaczynają się rozchodzić do domów.
To był udany muzyczny wieczór.

ps. Trąbka była.







sobota, 18 maja 2013

Jazz (Boks) jest Czarny.

Dzisiaj przesłuchałem płytę Milesa Davisa "A Tribute to Jack Johnson". Już na samym wstępie zacząłem rozmyślać kim był Jack Johnson ?
Muzykiem ?
Mentorem ?
Kimś bliskim ?
Otóż nie, Johnson był bokserem, który żył na początku XX wieku w USA. Z boksem spotkał się w wieku 16 lat a od 19 roku życia startował już jako zawodowiec. W 1903 roku został "Kolorowym Mistrzem Świata".
Kolorowym ?
Dlaczego "Kolorowym" ?
Ponieważ w boksie panowała segregacja rasowa, biali nie walczyli z innymi nacjami, których uważali za gorszych od siebie. Przez prawie całe swoje życie nasz bohater zmagał się z rasizmem, który dotykał go na każdym kroku.
Powiedzmy sobie szczerze segregacja rasowa panowała w każdym aspekcie życia w ówczesnym "Zachodnim" świecie. Zdaje się, że ostanie bariery rasowe upadły w USA w latach 60 XX wieku. Mimo, że dano "kolorowym" prawa wyborcze, możliwość swobodnego studiowania, jednym słowem pełne prawa obywatelskie, lata 60 i 70 obfitowały w liczne napięcia o zabarwieniu rasowym.
Płyta została wydana w 1971 roku a więc jest to na pewno manifest Davisa przeciwko segregacji, która oficjalnie nie istniała lecz ciągle wpływała na każdy rodzaj ludzkiej aktywności. Nie po raz pierwszy muzyka niesie ze sobą przekaz zaangażowania społecznego czy politycznego
Na płycie znajdziemy "tylko" dwa utwory ale po 25 minut każdy. Moje osobiste odczucie to został nagrany po prostu "jam". Muzycy, którzy wzięli udział w sesji to gwiazdy, które zaczęły dopiero co świecić blaskiem na muzycznym firmamencie. Herbie Hancock, Bill Cobham, John McLaughlin to obecnie uznane światowe postacie.

Ciekawostką  jest sposób nagrania utworów. Na przykład w pierwszym utworze w lewym kanale gra trąbka i gitara w w prawym kanale tylko perkusja a pośrodku tylko bas. Także słuchanie na słuchawkach może być trochę męczące. Też polecam przesłuchanie płyty tylko np. w lewym kanale i wsłuchanie się w instrumenty. Płyta brzmi soczyście i bardzo rockowo. Gitara to czysta inspiracja grą Sly Stone'go czy Jimi Hendrixa a klawisze to psychodeliczne plamy Hancocka. Perkusista wygrywa równe rockowe rytmy a nad wszystkim czuwa wielki Miles.
Niech mottem tej płyty będzie sentencja jaką wypowiedział Johnson na koniec płyty:

"Jestem Jack Johnson, Mistrz Świata Wagi Ciężkiej.
Jestem Czarny, jednak oni nigdy nie pozwolili mi o tym zapomnieć.
Jestem Czarny, zgoda.
Teraz to ja nigdy nie dam im zapomnieć".

Wielka rekomendacja, lekcja historii i muzyki w jednym.
Polecam.

czwartek, 16 maja 2013

Tomasz Stańko + New York Quartet oraz John Surman w londyńskim Barbican Art Center.

Wczoraj 15 Maja miałem przyjemność zobaczyć Tomasza Stańko ze swoim nowym zespołem oraz zasłużonego angielskiego muzyka Johna Surmana.
Tomasz Stańko jest obecnie na swoim światowym tournee z płytą "Wisława" wydanej dla wytwórni ECM a 
John Surman promował swój album "Saltash Bells".
Koncert odbył się w zasłużonym Barbican Art Center.
Może kilka słów o Barbicanie. Miejsce gdzie znajduje się obecnie centrum kultury zostało bardzo ciężko zbombardowane podczas Blitzu w 1940 roku. Spora działka praktycznie została nie ruszona od czasów wojny do lat  60-tych kiedy to Londyńska Korporacja "funduje" narodowi centrum kultury oraz mieszkania gdzie koszt budowy wyniósł 160 milionów funtów co przy obecnej wartości waluty daje sumę około 420 milionów funtów.



Centrum zostało zaprojektowane przez grupę architektów: Chamberlin, Powell and Bon w stylu Brutalizmu jakże popularnym w owych czasach. Także i w Polsce mamy (mieliśmy) kilka kultowych Brutalnych architektonicznie miejsc jak na przykład Dworzec w Katowicach (obecnie zburzony). 
I to nas różni od "Zachodu" my burzymy a oni restaurują i dbają. Świetnym przykładem jak to wszystko działa jest Dworzec Centralny w Warszawie.
Nieremontowany przez 30 lat, padł ofiarą dzikiego chaosu ostatnich 20 lat, budy z frytkami, zapuszczone korytarze, chaos stylistyczny, a ponad to wszystko smród i brud.
Tak samo jak z Brutalem z Katowic chciano się obejść z dworcem w Warszawie - ZBURZYĆ. 
Jedyne wyjście z sytuacji (czytaj najprostsze).
A wystarczyło TYLKO umyć, od nowa zaprojektować przestrzeń dworca i ... wszyscy zadowoleni, nie było końca zachwytów. Tak sobie myślę, że jeszcze ktoś, kiedyś odpowie za tego Brutala Z Katowic i wiele innych 
"źle urodzonych" budynków.



Trochę się zapuściłem w nie muzyczne klimaty ale chciałbym zahaczyć o jak najwięcej rejonów i pokazać jak to wszystko może być ciekawie ze sobą połączone.
Wróćmy do muzyki. Sala została w 95% zapełniona przez audytorium co mówi nam o popularności muzyków. Przed Koncertem można było nabyć płyty cd wykonawców oraz otrzymać 165 stronicowy katalog ECM-u.
Punktualnie o 20 godzinie wszedł kurator koncertu i po kilku słowach wstępu zaprosił Johna na scenę. 
Na scenie znajdował się spory stół na na nim trochę instrumentów i trochę elektronicznych zabawek. Co ciekawe John zaczął od utworu na ... flet. Jak to później wyjaśnił muzyk znalazł ten flet w kartonie, który nie był otwierany od wielu wielu lat. Następny utwór to już powrót do Surmanowskich klimatów: klarnet plus świetne elektroniczne tło w stylu berlińskiej szkoły.





Następny utwór i zmiana instrumentu, tym razem saksofon barytonowy. 
Znowu dźwięk zaczął się rozprzestrzeniać z wielką mocą po całej sali.
Następny utwór to znowu klarnet podłączony do delay'a a razem z tym świetna zabawa muzyka z pogłosem dająca piorunujący efekt, który publiczność przyjmuje z wielką owacją. Kolejny utwór i tym razem poezja na początek gdzie z czasem wchodzi elektroniczne tło i gra Surmana na instrumencie.
Generalnie publiczność przyjęła set Johna z wielkim entuzjazmem nagradzając wielką owacją. 
Muzyk na zakończenie podziękował akustykowi z Barbicanu za świetną robotę.
Surman grał około 45 minut, kwadrans przerwy, punktualnie o 21 znowu kurator wygłasza krótką przemowę i wchodzi Tomasz Stańko a za nim nowojorscy muzycy.
Wielka owacja przywitała muzyków, nie ma się co dziwić przecież niemały procent widowni to byli Polacy. Minuta, dwie na przygotowanie się do gry i popłynęła muzyka, oczywiście z "Wisławy". 
Tomasz Stańko w swoim stylu ubrany w garnitur oraz czarny kapelusz umiejscowił się na centralnym miejscu 
sceny - w końcu to jego show.

Po prawej stronie (widowni) zasiadł perkusista po środku kontrabas a po lewej stronie fortepian. 
Bardzo podobała mi się oprawa graficzna sceny - rzuty prostej grafiki na powierzchnię za muzykami oraz na podłogę a wszystko w stonowanych kolorach.
Co o nowych muzykach Stańki ? Przede wszystkim perkusista to on robił wielkie wrażenie na publiczności a nawet czasami był pierwszym instrumentem na sali, jak myślę za pozwoleniem mistrza. Co ciekawe raz na jakiś czas Stańko schodził na bok sceny i pozwalał muzykom robić swoje show. 
Na ile w tym wolności a ile wykreowanej gry to już pewnie wiedzą sami muzycy. Jednak robiło to wrażenie jak Stańko przestawał grać schodził na bok sceny stawał z rękoma w kieszeniach i obserwował "ojcowskim okiem" grę muzyków.
Większość utworów zagrana podczas setu to utwory z "Wisławy" a szkoda jest tak wiele wspaniałych utworów z przebogatej kariery muzyka ale tak to już jest trzeba promować nowe utwory i obserwować reakcję publiczności.
A właśnie co o publiczności ?
Niestety nie obyło się bez kilku incydentów, na przykład podczas utworu pewna kobieta krzyknęła do człowieka obok po angielsku "Przetań rozmawiać" a ten ktoś odkrzyknął "Zamknij się" i wywiązała się pyskówka jednak nie słyszałem dalszego "dialogu" ponieważ muzycy zaczęli grać. Mam nadzieję, że nie był to nasz rodak.
Nieważne, niesmak pozostał.
Set Stańki trwał około 2 godzin, oczywiście nie obyło się bez bisów - ktoś z widowni krzyknął po polsku 
"jeszcze dwa utwory" . Jednak muzycy zagrali tylko jeden utwór i szybko zeszli ze sceny.
Był to mój pierwszy koncert na którym miałem okazję zobaczyć Tomasza Stańkę, był to mój również pierwszy raz gdzie byłem na sali, gdzie akustyka i nagłośnienie były na światowym poziomie, myślę że to nie był mój ostatni koncert w Barbicanie w moim ulubionym budynku w Londynie.







poniedziałek, 6 maja 2013

Punk's Not Dead

Nie mógł zagrać w klubie a chciał wystąpić. Szybka wymiana mejli pomiędzy pankami, uzgodnienie daty oraz kilku detali, 5 maj rozstawiamy sprzęt na skłocie i gramy.
Mowa o Piotrze Kurku elektronicznym awangardowcu.
Piotr zagrał około 30 minut dla około 20 osób. Przyznam się, że nie znam twórczości muzyka także trudno mi się ustosunkować czy grał nowe czy stare utwory i  czy odbiegały od pierwotnych wersji ale publiczności bardzo spodobał się set Piotra.
Mi muzyka się kojarzyła z krautrockową elektroniką jak to kolega Harry ładnie określił: Popol Vuh.

A co ma do tego "Punk's Not Dead" ?
Ano tyle, że nie trzeba wielkich pieniędzy, nakładów, pana z wąsem z Domu Kultury aby robić coś dla ogółu. Wystarczy oprzeć się na  zasadzie D.I.Y. - zasadzie sprawdzonej od kilku już dekad.

sobota, 4 maja 2013

Super Polen

Jakiś czas temu naszła mi ochota na przesłuchanie polskiej grupy Blimp. Jako, że nie słuchałem tej płytki może i 6 lat byłem ciekaw jak zareaguję na polski elektroniczny wypust po upływie czasu.
Pamiętam, że kiedyś mi się bardzo podobała.
Jakie wrażenia po odsłuchu "Superpolen" po latach ?

Jest dobrze, muzyka w ogóle się nie zestarzała a i "post rockowy" wszechobecny klimat jest bardzo miły w odsłuchu. Płyta wydaję się bardzo spójna stylistycznie, nie ma jakiś przypadkowych utworów, które by odbiegały jakoś radykalnie od siebie.
A nad wszystkim unosi się klimat To Rococo Rot czy Tarwater.
Utwór "Four Imaginary Boys" mogła by spokojnie grać Ewa Braun, utwór "17" to nic innego jak francuski "Air" pełen elektronicznej nostalgii w którym wykorzystano tekst Jamesa Joyce.
Płyta świetnie gra w swoistym mglistym brzmieniu, nie ma nudy, spokojnie może grać w tle podczas czytania, jazdy autem czy odpoczynku.
Na cd wydanej przez wytwórnię Ampersand w 2000 roku, znajdziemy 7 utworów nagranych i zmiksowanych  w Skórzewskim Studio.
Grupę Blimp tworzą: Tomasz Maliński, Sebastian Dolata, Radosław Dziubek, Waldemar Paziewski.