poniedziałek, 16 listopada 2015

Marcin Wasilewski Trio & Joakim Milder + Helen Sung, Milton Court, Londyn.

Wczorajszy koncert był częścią EFG London Jazz Festival, który odbywa się w wielu miejscach w stolicy Wielkiej Brytanii w dniach 13-22 listopad.
2000 artystów,
300 koncertów,
50 scen na których grają muzycy.
I to wszystko w jednym mieście, prawdziwy raj dla jazz-maniaków.
Może kilka słów o miejscu w którym odbył się koncert.
Milton Court jest nową częścią kulturalnego kompleksu jakim jest Barbican.
Został oddany do użytku kilka lat temu a właściwie to w tym budynku znajduje się szkoła muzyczna ... która otrzymała profesjonalną salę koncertową.
Nieźle co nie ?
Obok sali koncertowej została wybudowana wieża w której znajdują się apartamenty mieszkalne to chyba ogólnoświatowy trend.
Wieża ta nawiązuje stylem do swoich trzech starszych sióstr, które są ikonami brutalizmu w architekturze na świecie. 
Oczywiście nowy budynek nie jest betonowym kolosem, tylko szklanym odbiciem brutalizmu swojego starszego rodzeństwa.
Jest to mój pierwszy raz kiedy będę w Milton Court także z wielką ciekawością szliśmy na koncert.
Sala okazała się zdecydowanie mniejsza od tej która znajduję się w Barbican - myślę, że nawet trzykrotnie. Jednak ciepły kolor drewna i ogólny wystrój sali daje nam bardzo miłe, przytulne wrażenie. Dość szybko znaleźliśmy swoje miejsca gdzie przy każdym z foteli znajdował się po nad trzydziestu stronicowy folder z Londyńskiego festiwalu to norma w Barbican.
Mimo, że koncert został wyprzedany sala zapełniła się w 95%. 
Około 19.35 wyszła na scenę osoba jak na moje oko około 20 letnia kobieta (być może nawet uczennica tej szkoły) z pewnym luzem i typowo angielskim humorem zapowiedziała dzisiejszy koncert. 
Oczywiście pani nie mogła wypowiedzieć poprawnie nazwiska naszego pianisty, choć nie należy do szczególnie do "trudnych". Jednak typowo po angielsku wyszła z tej opresji zamieniając wszystko w żart.
Kilka minut później pojawiła się na scenie Helen Sung ze swoim zespołem.
Sung promowała swój najnowszy album "Anthem For A New Day", który został wydany rok temu przez Concord Jazz.
Muzyka jaki zaprezentował kwartet do bardzo klasyczny, dość sztywny w swojej formie jazz.
Nie ma co się dziwić, Sung studiowała muzykę klasyczną, która na pewno rzutuje na styl gry jaki wykonuje jej zespół. Chciałbym również dodać, że Sung pobierała również nauki u Rona Carter'a, Wayne Shorter'a i Herbie Hancock'a ... uffffffffff takie rzeczy tylko chyba w USA.
Przyznam się, że muzyka nie przypadła mi zbytnio do gustu, najbardziej podobała mi się gra perkusisty E.J. Strickland'a.
Również chyba pierwszy raz spotkałem się aby po każdym utworze muzyk wygłaszał kilku minutową przemowę, to trochę gubi, załamuje rytm koncertu.
Po około godzinie muzycy zeszli ze sceny pożegnani owacją.
15 minutowa przerwa techniczna i wchodzi główna gwiazda wieczoru 
Marcin Wasilewski Trio & Joakim Milder powitana bardzo gorąco. 
Obecnie grupa znajduje się na swoim tournee promującym album "Spark Of Life" wydanym dla kultowego ECM.
Rozpoczęli od spokojnej ballady, która aż wypełniła gorącą atmosferą całą salę koncertową. Zupełnie inne granie niż zespół Sung. Grupa pozwalała sobie na dość duży luz. 
Następnie usłyszeliśmy "Message In A Bottle" Stinga, tutaj zespół porwał całą publiczność, Marcin Wasilewski szalał za pianinem, jakże różniąc się stylem gry od statycznej Sung ! 
Grupa pozwoliła sobie przedłużyć ten utwór ku radości publiczności.
Po jednym z utworów Marcin wziął mikrofon aby przedstawić zespół i okazało się, że ... nie działa. Jednak muzyk niczym się nie przejął i przedstawił publiczności skład mimo wszystko bez mikrofonu. Będąc na balkonie słyszeliśmy dokładnie co powiedział - akustyka sali zrobiła swoje. 
Również saksofonista miał problem techniczny z odsłuchem i raz na utwór prosił aby coś poprawić z nim.
Grupa dalej kontynuowała swoją grę i za każdym razem zbierała bardzo gorący aplauz.
Usłyszeliśmy m.in Largo oraz Actual Proof.
Grupa zeszła ze sceny pożegnana bardzo, bardzo gorąco, niektórzy zaczęli wychodzić jednak znakomita większość została aby "zmusić" grupę do bisu.
No i udało się po kilku minutach pojawili się na scenie i zagrali oczywiście 
"Sleep Safe And Warm" Krzysztofa Komedy. Chyba nie mogli wybrać lepszej kompozycji.
Piękne pożegnanie z Londynem.
Po koncercie muzycy spotkali się z publicznością aby zamienić parę słów i podpisać swoje płyty.
To bardzo miło z ich strony ponieważ było widać, że występ kosztował zespół sporo energii.
Mi udało się zdobyć autografy całego składu ze "Spark Of Life"
Kolejny udany muzyczny wieczór, muzycy światowego formatu, piękna muzyka, sala i atmosfera.
Jakbyście mieli okazję zobaczyć Marcin Wasilewski Trio - nie ma co się zastanawiać, to chyba obecnie najlepszy polski skład jaki mamy na światowym firmamencie jazzu.





























piątek, 13 listopada 2015

Steve Reid - Daxaar.

Znajomy sąsiad raz po raz podrzuca mi nowe płyty przy których moje oko nawet by nie "przystanęło". 
Kilka dni temu otrzymałem płytę Steve Reid Ensemble - Daxaar.
Jest to płyta, która została nagrana w Senegalu w składzie liczącym osiem osób. 
Muzykę nagrano w Studio Dogo Dakar w 2007 roku.

Może kilka słów o tytułowym muzyku. 
Grał z największymi z największych jeśli chodzi o "czarną muzykę" a więc: James Brown, Sun Ra, Miles Davis, Ornette Coleman, już przy takim składzie każdemu kto siedzi w muzyce robi się "ciepło". 
Steve Reid ma za sobą także ... więzienną przeszłość ponieważ odmówił zapisania się do armii USA, która walczyła wówczas w Wietnamie. Po tym epizodzie przeprowadził się do Europy gdzie współtworzył scenę około jazzową.

Daxaar to bardzo dobra płyta, znajdziemy na niej bardzo lekkie, zwiewne kompozycje, które można określić jako jazz-rock. Spora zasługa gitar i klawiszy, które wrzucają muzykę na inne tory.
Płytę otwiera utwór "Welcome" - to chyba taki typowy afrykański utwór jaki laik-europejczyk może sobie wyobrazić. Lekka gitarka, typowo afrykańskie śpiewy, jest "słonecznie i kolorowo".
Kolejny utwór "Daxaar" pokazuje nam zupełnie inne oblicze, lekka gra perkusji, konga, zwiewne klawisze i gitary wnoszą nam powiew afrykańskiego wiatru.
"Jiggy Jiggy" - to już prawdziwie funkujący puls, gra fletu zwiewnie majaczy w tle, gitara niesie nas przez cały utwór - jest świetnie !
"Dabronxxar" - to chyba zaginiony utwór z sesji "Bitches Brew", kwaśny plamy dźwiękowe, trąbka, gitara, Miles uśmiecha się z góry na pewno!.
"Don't Look Back" - utwór kojarzy mi się z ... The Doors a to zasługa klawiszy, które grają monotonny dźwięk, perkusja świetnie wystukuje rytm ... chyba powoli zakochuję się w tej płycie !
Już nie będę więcej pisał tego trzeba posłuchać!
Jeśli ktoś chce się odprężyć po ciężkim dniu to tutaj na YT można przesłuchać.
Wzmacniacze na FULL. 




poniedziałek, 9 listopada 2015

Jack DeJohnette - Oneness.

W poprzednim poście napisałem o płycie, której nie można słuchać spokojnie ponieważ remaster oryginalnej taśmy okazał się wielką pomyłką, tym razem napiszę o płycie, która może być przykładem referencyjnego brzmienia płyty CD w naszym systemie audio.
Honor jakości płyty CD będzie bronić nie kto inny a niemiecka wytwórnia ECM.
Płytę nagrano w studio Right Track Recording, które mieści się w Nowym Jorku.
Pozycja została wydana w 1997 roku, za produkcję odpowiedzialny jest oczywiście Manfred Eicher.

W składzie znajdziemy:
- Jack DeJohnette - perkusja,
- Jerome Harris - gitary,
- Don Alias - instrumenty perkusyjne,
- Michael Cain - pianino.

Po pierwsze co się rzuca to oszczędność aranżacji, która mimo wszystko wypełnia całą przestrzeń.
Mimo, że muzyka nie jest "gęsta" i niby się "nic nie dzieje", muzycy prezentują swoje niezaprzeczalne umiejętności. 
Oczywiście wiodącym instrumentem jest perkusja DeJohnette, jednak zachowany jest umiejętnie balans, między poszczególnymi instrumentami.

Płytę otwiera dwu minutowy  utwór "Welcome Blessing", który wita nas kongosami i innymi przeszkadzajkami.
Drugi utwór "Free Above Sea" to umiejętna kompozycja, która balansuje między perkusją DeJohnette a pianinem Caina. W tle możemy usłyszeć znowu konga czy gitarę, które jako całość tworzy bardzo duszny wręcz niepokojący nastrój.
"Jack In" typowy dla mnie utwór w stylu DeJohnette, dla podkreślenia akcentów gitara i pianino mają swoje solo. Lekko i przyjemnie raz po raz instrumenty perkusje łamią ustalony rytm.
Płytę kończy 27 minutowa (!) kompozycja "From The Heart/C.M.A.".

Świetna płyta, rewelacyjne brzmienie co może nas utwierdzić, że dobrze zrealizowana muzyka wydana na wymierającym zdaje się nośniku jakim jest płyta CD, może przynieść nam wiele muzycznych wrażeń.
Dla każdego fana wytwórni ECM - płyta z  gatunku "Must have".

sobota, 31 października 2015

John Coltrane & Don Cherry - The Avant-Garde.

Świetny skład, dobra muzyka i ... remaster wydany w roku 2006.
Nie mogło być inaczej tym razem, płyta absolutnie nie nadaje się do słuchania. 
To chyba najgorszy remaster jaki miałem okazję przesłuchać. 
Trudno uwierzyć, płyta wydana w Japonii, poważna wytwórnia, absolutna klasyka jazzu i tak zepsuta robota.
Dlaczego wydaje się takie płyty ?
Omijajcie te wydanie szerokim łukiem.





poniedziałek, 26 października 2015

Something Like Elvis - Shape.

Znajomy podrzuca mi raz na jakiś czas płyty, które ukazują się na "czarnym" nośniku, tym razem otrzymałem polską grupę Something Like Elvis.
Jako, że staram się unikać "nowych" tłoczeń płyt jednak w tym przypadku ciekawość wydawnictwa przerosła moje "uprzedzenia" i przyjąłem płytę z wielkim entuzjazmem.
"Shape" to płyta wydana przez Antenę Krzyku pierwotnie w 1999 roku a tłoczenie na czarnym nośniku ukazało się w 2015 roku. 
Do edycji winylowej dołączona jest skromnie wydana płyta CD w kartonowej kopercie.
Something Like Elvis - grupa, która sporo namieszała na polskiej scenie muzycznej umiejętnie lawirując między hard core czy noise znanym z dokonań np. Ewy Braun. 
Ciekawostką jest to, że grupa używa akordeonu jako pełno prawnego instrumentu. 
Grupa zdobyła uznanie na starym kontynencie grając z takim tuzami jak Fugazi czy No Means No.
Zespół również odbył trasę po wymagającym rynku jakim są Stany Zjednoczone otrzymując pochlebne recenzje.

ps. 
Dopisano 28.10.2015:
Mój poprzedni post dotyczył grupy Starzy Singers, niby ta sama scena muzyczna, podobny rok wydana a wpis zobaczyło tylko 11 osób. 
Wystarczyło umieścić w miniaturce postu "cycki" a już do tej pory wpis o 
Something Like Elvis zobaczyły/przeczytały 102 osoby.
Siła internetu w czystej postaci (czytaj siła cycków w czystej postaci).
29.10.2015: Już 179 odsłon a Starzy Singers ciągle 11.
31.10.2015: 203 odsłony, Starzy Singers 12.



czwartek, 22 października 2015

Starzy Singers - Ombreola.

Pamiętamy ?
Oczywiście, że tak !

Swego czasu zdarłem magnetyczną powierzchnię z kasety, słuchana codziennie z wielkim uśmiechem na twarzy.
Zespół o dziwnej nazwie - nawet nie miałem pojęcia, że jest to parodia kultowego jazzowego zespołu.
Zespół, który udowodnił, że okolice pank rocka nie muszą być smutne, czarne i pozbawione humoru.
Zespół, który nagiął język polski do granic możliwości, łamiąc styl i zasady w każdym utworze po kilkanaście razy.
Kto pamięta takie utwory jak:
"Fakszirak", "Defowe Karzełki" czy "Karlove Vary" ?

W tym roku ukazało się wydanie winylowe tego albumu.
Podwójna płyta, fajna okładka gatefold, zachowana stylistyka plus dodatek w postaci wymierającego krążka CD.
Dodam tylko, że płyta została zremasterowana na potrzeby tego wydania. 
To już chyba taki znak czasu, że nowe tłoczenie na winylu otrzymuje nowy remaster.
Płytę wydała kultowa Antena Krzyku.
Miłego odsłuchu.






niedziela, 18 października 2015

Przedłużacz Strikes Back !

Wierzyć czy nie wierzyć ?
Kupować czy też nie ?
Gdzie kończy się technologia a gdzie zaczyna się voodoo-hochsztaplerka ?
Zbierać pieniążki czy też trzymać się z daleka od kultu voodoo ?

Poniższy wpis pokazuje, że nie ma granic w kasowaniu grubych pieniążków i naginaniu bogatych ludzi, którzy szukają doskonałości w swoim sprzęcie audio.
A zarobić można na wszystkim od podstawek pod przewody głośnikowe, pozłacane bezpieczniki przez kolumny czy wzmacniacze, kończąc na dodatkowym wyposażeniu salonu audio.

Rok temu opisałem sytuację gdzie pewna firma oferowała zwroki do kolumn ze zwykłego kabla miedzianego w cenie ... 400PLN. Byłem wtedy w szoku jak można żądać taką sumę za około 10 centymetrowy miedziany kabelek.
Można !
W tym biznesie wszystko można !

Przejdźmy jednak do dzisiejszego tematu a będzie nim audiofilska... lista sieciowa a po ludzku nazywa się to przedłużacz w cenie 6000 PLN.
6000 złotych za przedłużacz ?
No dobra przyznaje się widziałem tylko na zdjęciach to cudo i nie mogę oceniać, jednak od razu normalnemu człowiekowi włącza się czerwona lampka z napisem UWAGA.
Pewnie nie jednemu z Was przyjdzie na myśl -  typowy zazdrosny Polak, sam nie zrobi niczego i tylko krytykuje.
Jest w tym trochę racji ale...
Zobaczcie sami jak wygląda ten przedłużacz (tfu, tfu, znaczy się listwa sieciowa mam na myśli).

Hmm, czy Wam czegoś to nie przypomina ? 
Bo ja nie mogłem uwierzyć w to co zobaczyłem i przyznaję się, że z każdym dniem skłaniam się że jest to żart dystrybutora czy też firmy.
Tutaj można przeczytać cały test produktów polskiej manufaktury, zapewniam robi się ciekawie.
W teście autor już na samym początku napisał, że boi się linczu internautów po tym co przeczytają i zobaczą na zdjęciach jednak z każdym zdaniem dalej "mięknie mu rura".
Można przeczytać, że przyznaje, że przewody nie degradują dźwięku czy też grają naturalnie. Przyznaje również, że może i nie wygląda to rewelacyjnie ale można się... przyzwyczaić.
Mi szczególnie utkwił w pamięci fragment:

"... Ci, dla których brzmienie jest najważniejsze, a estetyka znajduje się niżej na liście priorytetów Sulkami się powinni zainteresować. 
Listwę zawszeć można schować za stolikiem, gdzie swoją funkcję spełni, a wyglądem nie będzie razić, same kable nawet jeśli konkursu piękności 
by nie wygrały, wyglądają całkiem nieźle, a gdy już się człowiek przyzwyczai można nawet zacząć lubić ten dość oryginalny wygląd..."

Aha, to jak wydam 12000 PLN na listwę to będę mógł pochwalić się przed znajomymi wyposażeniem toru audio i nie schowam za szafką przedłużacza (tfu, tfu, mam na myśli listwy sieciowej) ?
Kochany recenzencie, ja wydałem 6000 złotych (!!!) na przedłużacz (tfu, tfu, mam na myśli listwę sieciową) i mam ją jeszcze chować ?
Gdzie jest granica ?

Czy producent myśli, że jak zrobił napis na przedłużaczu, uplótł warkocz przewodów (czyżby mało znana technologia przesyłu neutronów ?), użył izolacji z wydrukowanym napisem Sulek to ma prawo żądać 6000 złotych ?.
Oczywiście, że ma prawo.
Nikt nie ma prawa zabronić.

Polska firma Sulek, która działa od niedawna na rynku ma w swojej ofercie interkonekty, kable głośnikowe oraz listwy sieciowe (tzw. przedłużacze).
Nie jest moją sprawą kto na co wydaje pieniążki ale dla mnie są granice "w goleniu" audiofilii!.

wtorek, 13 października 2015

Hieronim Wrona oficjalnym DJ Kadry Polski.

Jedni go lubią inni nie cierpią.
Wielki propagator płyty winylowej jak i hip-hopu, znany nam wszem i wobec Hirek Wrona został "Oficjalnym DJ Kadry Polski".
Przyznam się, że nie wiedziałem, że taka posada istnieje.
Następnym razem również ja wyślę swoje CV jak Hirek zrezygnuje z puszczania muzyki na stadionie.
Tutaj można przeczytać wywiad z Oficjalnym DJ.

niedziela, 11 października 2015

Moritz von Oswald Studio.

Moritz von Oswald - chyba najbardziej znany producent w muzyce elektronicznej. 
To on maczał palce w produkcji muzyki m.in. 2MB, Basic Channel,  Maurizio, Rhythm & Sound. 
To on również był odpowiedzialny za mastering w berlińskim Dubplates & Mastering.
Coś jeszcze ?

Kilka dni temu wypłynęła na największym portalu aukcyjnym oferta na której można kupić CAŁE studio znanego producenta.
Jeśli ktoś, coś.
Zapraszam do "bidowania".
Numer aukcji to: 151837197655.







piątek, 9 października 2015

Black Sabbath - Ostatnie Tournee.

Uwaga, uwaga, uwaga.
W przyszłym roku po raz ostatni (?) zobaczymy na żywo Black Sabbath.
Grupa odbędzie pożegnalne tournee po Europie.
Czy to będzie ostatnie, to czas pokaże. Na stronie można sprawdzić gdzie zespół będzie grał.


poniedziałek, 5 października 2015

Polacy kochają gesty.

Zapewne niejeden fan U2, czy muzyki rockowej miał łezkę w oku po obejrzeniu tego video.
U2, Bono, Niemcy,  Berlin - wspominają o Polsce, Solidarności ...
No tak kochamy takie gesty ... gesty.
Papież, Clinton, uścisk dłoni, poklepanie po ramieniu, łaskawe spojrzenie.
Kochamy to... .


ps. Dlaczego perkusista gra na stojąco ?

poniedziałek, 31 sierpnia 2015

SBB - Live In America 1994.

Nie wierzę w to co usłyszałem...
Po przesłuchaniu pierwszych minut tej płyty myślałem, że kolega pożyczył mi coś innego niż SBB.
Aż musiałem przerwać odsłuch i wyciągnąć płytę z odtwarzacza i się upewnić czy to aby na pewno prog-rockowe SBB.
Tak, to jest ten zespół !
Utwór zaczyna się "Follow The Dream" jednak nie jest zagrany w stylu jaki znamy ze starszych płyt. Kompozycja dostała bardzo funkowy, nowoczesny beat a świetny głos Janusza Hryniewicza dopełnia ten utwór na sto procent. 
Nie mogłem uwierzyć, że śpiewa ten utwór Polak, zero ciężkiego, słowiańskiego akcentu  a i na brak umiejętności śpiewu nie ma co narzekać, również Skrzek udowadnia, że potrafi śpiewać po angielsku. 
Bardzo mocne wejście. 
Drugi utwór "Hung-Under" i kolejna niespodzianka ponieważ na wokalu pojawia się ... Kim. To spokojny, nastrojowy utwór w stylu Grażyny Łobaszewskiej.
"Wish" to wokalny popis Skrzeka, wolne, monotonne tempo prowadzi nas przez sześć minut. Skojarzenia z Pink Floyd jak najbardziej na miejscu.
"Singer Oh Singer" - to najbardziej popowy utwór na tej płycie. W tym utworze śpiewają Skrzek oraz Hryniewicz.
"Drzewko Oliwne" to kompozycja Antymosa Apostolisa. Lekka i zwiewna kompozycja oparta na gitarach. Dobre rockowe granie.
"Freedom With Us" - hymn SBB. 
Zaczyna się harmonijką ustną lecz po chwili pojawiają się chórki aby ubarwić muzykę. Bardzo bluesowe tempo, bardzo dobre wokalne "jammowanie" Hryniewicza.
"Oak Theatre" - nowoczesny, funkujący puls, Hancockowskie klawisze, tym razem bez wokali.
"Swinging Blues SBB"  - już sama nazwa wskazuje co usłyszymy. Bluesowy jamming z luźnym tekstem. Zespół pozwolił sobie na trochę zabawy podczas koncertu.
"Erotyk" - to kolejny już klasyczny utwór SBB. Kompozycja zagrana nieco inaczej niż na płycie. Rozpoczyna się duetem klawisze-śpiew. Świetnie, że Skrzek zachowuje emocje zawarte w tym utworze. Po dwóch minutach wchodzi perkusja i gitara i kolejny raz popisuje się świetnym wokalem Janusz Hryniewicz ! 
Bardzo dobre zwieńczenie koncertu.
Płytę kończy "Figo-Fago" - harmonijka ustna rozpoczyna ten utwór aby przejść do luźnej formy tego utworu. 
Blues prowadzi nas przez całą kompozycję. Usłyszymy solo na perkusję czy gitarę. Muzycy raz po raz łamią tempo utworu.

Krótkie podsumowanie płyty. 
Kilka postów niżej "zrypałem" koncertową płytę SBB z Giżycka. Tym wpisem chciałbym z rekompensować grupie "poniesione krzywdy". 
Tak jak napisałem powyżej na początku nie mogłem uwierzyć, co słyszę. Bardzo nowoczesne kompozycje, nowy wokalista, który bardzo dobrze śpiewa po angielsku bez żadnego kompleksu. Płyta ma dość dobre brzmienie, "Follow The Dream" swoim rytmem wciąga nas na salę koncertową. 
Utwory zostały zarejestrowane podczas tournee po Ameryce Północnej w New Jersey oraz Chicago.
SBB wystąpiło w składzie:
Antymos Apostolis - gitara,
Józef Skrzek - wokal, harmonijka ustna, klawisze,
Jerzy Piotrowski - perkusja,
Andrzej Rusek - gitara basowa,
Kim - śpiew.


niedziela, 23 sierpnia 2015

Jimi Tenor, Cafe Oto, Londyn.

Cafe Oto to kultowe miejsce w Londynie na muzyczno-awangardowej mapie miasta.
Miejsce jest mekką w której grają światowej sławy tuzy muzyki niezależnej czy podziemnej.
To właśnie w Cafe Oto średnio  raz na miesiąc gra Peter Brotzmann a ostatnio na cel to miejsce sobie obrał "londyńczyk" Thurston Moore.
Klub znajduje się w super trendy miejscu a mianowicie w północno-wschodnim Londynie w dzielnicy Dalston. 
Dzielnica ta została około piętnastu lat temu przejęta przez wszelkiej maści artystów, którzy opanowali zaniedbany kwartał przekształcając je w wibrujące, pełne wigoru młode serce miasta.
Cafe Oto jest tego wyśmienitym przykładem, klub znajduje się w budynku w którym znajdowały się kiedyś małe manufaktury. 
Klub ma powierzchnię około 100-150 m2, bardzo surowy wystrój z małym barem na tyłach salki.
Piątkowy wieczór rozgrzał mury miasta do temperatury 30 stopni także wieczór zapowiadał się naprawdę gorąco.
Około 20 godziny pojawiliśmy się przed klubem gdzie publiczność rozsiadła się na ulicy rozkoszując się gorącym wieczorem. My zrobiliśmy to samo, nie było sensu na razie wchodzić do klubu, zakupiliśmy napoje chłodzące i zajęliśmy się rozmową ze znajomymi.
Zastanawialiśmy się co zagra Tenor ?
- Czy to będzie jego DJ set ?
- A może to będzie jego elektroniczny projekt z lat dziewięćdziesiątych ?
- A może to jedno z jego "afrykańskich" wcieleń ?
- A może to jego eksperymentalne projekty ?

Około 21 z klubu zaczęły dobiegać pierwsze dźwięki. Szybka decyzja wchodzimy i wszystko jasne.
Muzyk rozsiadł się przy ścianie gdzie otoczyły go dwa stoły z klawiszami oraz elektronicznym zabawkami.
Sala bardzo szybko zapełniła się, myślę że było około 200 osób, także w ciągu 15 minut stało się niemożliwie duszno.
Tenor zaczął od swoich starych utworów znanych z pierwszych płyt i od razu porwał publiczność.
Jego spontaniczność i niczym nie skrępowany styl grania bardzo mnie zauroczył. Tak jak napisałem powyżej Tenor był otoczony elektronicznymi zabawkami lecz także co jakiś czas grał na flecie poprzecznym i saksofonie czym wywołał wielki aplauz publiczności.
Nikt nie dbał o to czy muzyk trafiał w tempo muzyki, grając na flecie i śpiewając jednocześnie. Wszystko miało świetną formę i jako całość układało się w uporządkowany chaos, mimo, że muzyk czasami nie zdążył wyciszyć czy wyłączyć na czas jakiegoś samplera czy podkładu.
Pełen luz i obycie z publicznością, która wybaczała (nie chciała zauważyć) wpadek muzyka, który urzekł dosłownie wszystkich widzów.
Tenor grał około półtorej godziny i zaprezentował praktycznie cały przekrój swojej twórczości.
Ja byłem zadowolony najbardziej z utworu "Spell" gdzie muzyk poszedł na pełną improwizację lecz zachował emocje utworu. 
Muzyk dał się namówić na bis po kilku minutowej owacji co jest rzadkością w Londynie po czym pożegnał się ciepło z publicznością.
To był naprawdę gorący muzyczny wieczór.








środa, 12 sierpnia 2015

Obywatel G.C. - Live

Tym razem nie będzie o muzyce (no może nie do końca)  a o Intro, które poprzedza występ Grzegorza Ciechowskiego i jego zespołu.
Wstęp zaczyna się bębnami i trąbkami, które kojarzą mi się z polskimi filmami historycznymi po czym po chwili pojawia się bardzo przejęty, wręcz ekstatyczny głos spikera.
Przekonuje nas, że będziemy zaraz uczestniczyć w czymś zupełnie wyjątkowym, czymś co zdarza się raz na tysiąc lat, taka ostatnia rockowa wieczerza.
Myślałem, że ów człowiek zaraz się rozpłacze i upadnie na estradę i zejdzie po niego anioł i zabierze go na Olimp aby zasiąść na tronie między Zeusem a Apollem. 
Przyznam się, że Intro jest dość śmieszne i słychać, że spiker nie uniósł gry swoim głosem aby naprawdę przekonać widzów i słuchaczy, że będą uczestniczyć w czymś więcej niż koncert rockowy.

Koncert odbył się we Warszawie w 1988 roku z okazji sprzedaży 300 tysięcy (!) sztuk płyty Tak Tak!.
Intro do do posłuchania tutaj.

wtorek, 4 sierpnia 2015

SBB - Absolutely Live '98.

SBB - mistrzowie progresywnego rocka tym razem w odsłonie koncertowej z roku 1998 z Giżycka.
Jako fan wychowany na studyjnych albumach z lat siedemdziesiątych z dużą rezerwą podchodzę do nowych albumów i z "Live '98"  nie jest inaczej.
W zespole znalazł się nowy perkusista i nie wiem czy to on sprawił, że ta muzyka nie idzie do przodu. Owszem mamy tutaj popisy syntezatorów czy gitar, no i co z tego ?
Nie ma zacięcia czy wizji jak pociągnąć stare niezapomniane utwory, które w nowych aranżacjach wydają się być dość naciągane.
Doskonałym przykładem może być mega killer z repertuaru grupy a mianowicie "Odlot", utwór zaczyna się świetnym wstępem na gitarę i perkusję. 
W wersji "Live '98" mamy to samo tylko, że kompozycja po kilkunastu sekundach zacina się jakby muzykom zabrakło pomysłu co dalej (brak zgrania muzyków z nowym perkusistą ?).
Kilka razy słychać wyraźnie jak muzycy delikatnie się rozmijają, co przy takiej klasie muzyków nie powinno mieć miejsca. 
Tych przykładów można by mnożyć.
Kolejnym bodaj jeszcze gorszym mankamentem tej płyty jest nagranie/mastering, który woła o pomstę do nieba.
Jakość dźwięku jest wręcz fatalna, niskie tony  momentami zagłuszają cały balans między tonami.
Naprawdę dziwi mnie to, że ludzie którzy mają pojęcie jak powinna brzmieć dobrze nagrana płyta zgadzają się na wydanie takiej sieczki.
No cóż nie jest to dobra płyta SBB i nie będę do niej często wracał.