sobota, 31 maja 2014

London Record Fair 2014.

Londyn - jedno z kultowych miejsc jeśli chodzi o muzykę.
Abbey Road, punkowa rewolucja, Battersea Power Station, David Bowie, Jimi Hendrix, Throbbing Gristle, Depeche Mode, Kate Bush i wiele wiele innych osób, zespołów oraz niezliczonych ilości klubów, sal koncertowych czy ogromnych hal widowiskowych w których występują muzycy.
Londyn to także kultowe miejsce jeśli chodzi o sklepy muzyczne jeśli szukasz winyli, płyt CD czy gadżetów związanych z muzyką to te miasto, które powinno znaleźć się na Twojej mapie.
Co prawda wiele sklepów zostało zamkniętych w ciągu ostatnich dziesięciu lat, jednak te kultowe, najlepsze ciągną ten wózek, chociaż widać, że jest co raz ciężej w "tym biznesie".
Wiele z tych miejsc to rodzinny interes, prowadzonych przez absolutnych muzycznych maniaków z którymi rozmowa to wielka przyjemność i nauka.
Jednak dzisiejszy post nie będzie o sklepach muzycznych (zapewne kiedyś się pojawi takowy wpis) a o London Record Fair, który odbył się w  popularnej dzielnicy Shoreditch, która znajduje się w "centrum" stolicy Wielkiej Brytanii.
Giełda płytowa trwała trzy dni w byłym browarze Truman, który został zaaklimatyzowany na potrzeby szeroko pojętych usług: handlu czy gastronomii. W ogromnej hali wystawiło się około 20 wystawców, głównie rzecz jasna z terenu Anglii, był też Grek i Hiszpan ale to chyba rezydenci, ponieważ targanie 500 LP nie jest wielką przyjemnością. Z tyłu hali znajdował się bar oraz "ogródek" aby zaczerpnąć świeżego powietrza. 
Wejście na pierwszy dzień tzw. "Early Bird" kosztowało 10 funtów a później tylko jednego funta.
Stylistyka muzyki wiadomo od wyboru do koloru, jedyny wspólny mianownik, który łączył prawie wszystkich sprzedawców to skłonność do zawyżania ceny. 
Na plus co nikogo nie zaskoczy to rzeczowy i szczery opis stanu płyty - to chyba angielska norma. Większość płyt była w stanie Mint oraz NM.
Może żeby nie być "gołosłownym" odnośnie cen podam kilka przykładów z polskiego ogródka.
Na giełdzie znalazło się kilka polskich akcentów z serii Polish Jazz i okolice ale ceny jakie żądali sprzedawcy za nie była bardziej niż skandaliczna.
- Bemibem:  Bemowe Fazy: 60 funtów (?!)
- Krzysztof Sadowski: Three Thousands Points: 40 funtów
- Extra Ball: Birthday: 40 funtów
- Krzysztof Zgraja: Lakoon: 40 funtów.
I tak dla przykładu chciałem kupić na LP Enrico Ravę (The Pilgrim And The Stars), Krzysztof Sadowski (Three Thousands Points) oraz Novi Singers (Pay Tribute), sprzedający zażądał 80 funtów. Rava był po 20 funtów a polskie "rarytasy" po 30 funtów!.
Oczywiście nie wszyscy sprzedawcy żądali aż tak wygórowanych cen, można było znaleźć coś w cenie 5, 10 czy 20 funtów.
Nie wiem czy będą kolejne edycje Record Fair, jeśli tak to trzeba będzie przygotować gruby portfel aby zakupić coś z serii Polish Jazz ;).
Oczywiście obecne ceny płyt winylowych odzwierciedlają ogólnoświatowy trend, który można obserwować w sieci, sklepach czy właśnie targach płytowych. 
Powrót płyty winylowej na łono audio maniaków można uznać za w pełni dokonany, teraz tylko się można zastanawiać jak daleko dojdą ceny płyt winylowych - a to na pewno ustali niewidzialna ręka rynku.
Tak czy inaczej miejsce godne polecenia na przyszłość.






środa, 28 maja 2014

Izrael - Dla Wszystkich Wolność !

Izrael - jedna z najważniejszych grup reggae w naszym kraju. Zespół zaczął działalność na początku lat osiemdziesiątych, oczywiście pod duchowym przywództwem  Roberta Brylewskiego, który już wcześniej przemycał puls reggae w swoich poprzednich grupach: Deadlock, Kryzys czy Brygada Kryzys.
Izrael ‎- Dla Wszystkich Wolność !  - to zapis koncertu, który odbył się w "kultowym" Jarocinie 1984 w składzie:
Robert "Afa" Brylewski: śpiew, gitara melodica.
Vivian Quarcoo: śpiew.
Tomasz "Lego" Ber: gitara.
Tomasz "Żwirek" Żmijewski: gitara basowa.
Jarosław "Gruszka" Ptasiński: perkusja.
Dariusz "Maleo" Malejonek: instrumenty klawiszowe.
Sławomir "Merlin" Gołaszewski: saksofon.
Piotr "Samohut" Subotkiewicz: flet.
Jerzy "Słoma" Słomiński: instrumenty perkusyjne.
Alik Dziki: instrumenty perkusyjne.

Dziesięcioro ludzi na scenie to ewenement w latach osiemdziesiątych, który wydarzył się w mekce polskiej muzyki a każdy instrument spełnia swoją wielką rolę wypełniając muzykę po same brzegi.
Płyta winylowa ma bardzo skromny dodatek - kartka papieru ze zdjęciem i tekstami po drugiej stronie, to na minus tego wydania.
Tak jak napisałem we wpisie o reedycji Klaus Mit Foch przy tak ważnych pozycjach, jakiś większy opis całego wydarzenia plus mnóstwo zdjęć to powinna być rzecz obowiązkowa!
Brzmienie płyty bez zastrzeżeń, zostało zremasterowane przez pana Smoka znanego m.in z pankowego Post Regiment, jestem tylko ciekaw jaki był materiał wyjściowy. Muzyka jest bardzo łagodna, z delikatnym naciskiem na bas i perkusję (wiadomo reggae).
Jestem przekonany, że czeka nas jeszcze mnóstwo nowych pozycji, które ukażą się prędzej czy później na CD czy winylu, z zapisu koncertów czy prób polskich "kultowych" kapel. 
Niektóre z nich nagrywane w "partyzanckich" warunkach brzmią o dziwo dobrze.
A tak naprawdę brzmienie nie jest najważniejsze chodzi o oddanie ducha, który unosił się nad muzyką.
MUSIC NON STOP.





środa, 21 maja 2014

Newcleus - Electro Not Dead

Newcleus to grupa DJ's, która zaczęła w Nowym Jorku pod koniec lat siedemdziesiątych, grając "bloc party" głównie na Brooklynie. 
Na początku lat osiemdziesiątych Ben Cenac zaczął kompletować mnóstwo elektronicznych zabawek, gdzie w między czasie zaczęła się zbierać wokół niego grupa przyjaciół aby nazwać się Newcleus. 
W 1983 roku nagrali album "Jam On Revenge" dla Mayhew Records, który znacznie przyspieszył karierę grupie na scenie Electro/DJ a tytułowy utwór stał się klasycznym utworem, ikoną nowojorskiego dźwięku z początku lat osiemdziesiątych.
Muzyka Newcleus to bardzo chwytliwe utwory wzorowane na "Computerwelt" Kraftwerk a jakby bardziej opisać to jakby grać non stop Kraftwerk z wyżej wymienionej płyty, oczywiście w stylu Electro/Breakdance.
Z resztą szybkie spojrzenie na tytuły utworów mówi nam wszystko:
- Computer Age
- Auto Man
- I'm Not A Robot
- Destination Earth 1999
- Space In The Place
- Cyborg Dance
Słuchając dwóch pierwszych płyt Newcleus, można poczuć atmosferę (przenieść się do)  nowojorskiego metra pokrytego graffiti albo wylądować na imprezie pod blokiem na Brooklynie. Świetne wokale, "robotyczne" zajawki, pełne soczyste beaty, klasyczne analogowe brzmienia basu kultowych maszyn z epoki, fajne aranżacje utworów, funkujące gitary - klucz do sukcesu grupy.
Nic tylko zatańczyć breakdance, ciało samo układa się do wygibasów!.
Puść cały album a impreza jest Twoja - więcej niż pewne.
Electro Not Dead.




















piątek, 9 maja 2014

Czesław Bartkowski - Drums Dream

Płyta wydana w kultowej serii Polish Jazz # 50 w 1976 roku.
Muzykę nagrano w składzie:
Czesław Bartkowski - perkusja,
Adam Makowicz, Wojciech Karolak - instrumenty klawiszowe,
Tomasz Szukalski - saksofon tenorowy,
Tomasz Stańko - trąbka,
Jan Wróblewski - dyrygent
Studio Jazzowe Polskiego Radia.

Szybkie spojrzenie na skład i widzimy ścisłą czołówkę polskiego jazzu, brakuje jeszcze Urbaniaka, Dudziak, Seiferta i mielibyśmy "Polish Jazz Dream Band".
Jak to z brzmieniem polskich płyt bywa różnie także i "Drums Dream" nie gra wybitnie.
Brzmienie muzyki jako "całość" nie jest najwyższych lotów, gra tak sobie, jednak chciałbym zwrócić uwagę na coś innego: Jak jest nagrana perkusja.
Według mnie cała koncentracja realizatora dźwięku została skierowana na nagłośnienie (nagranie) perkusji. 
Chyba nie ma co się dziwić - przecież to autorska płyta perkusisty.
Efekt końcowy jest więcej niż wyśmienity - spokojnie winyl może być naszą płytą referencyjną jeśli chcemy usłyszeć jak nasz system audio radzi sobie z zestawami perkusyjnymi.
Przestrzeń, stopa, talerze, bębny, zwróćcie uwagę na te elementy podczas słuchania tej płyty.
Jest wybornie.
Przeczytałem gdzieś na pewnym forum, że płyta cd po masteringu bije na głowę winyl a więc czekam na wasze wrażenia muzyczne.
Winyl na sieci kosztuje około 50 PLN a cd od 30 PLN.
Śpieszcie się!
Zapraszam do odsłuchów.

Kilka próbek na YT.
Czesław Bartkowski - Rozmowa Ze Śliwką Bez Pestek
Czesław Bartkowski - Druga Swobodna Etiuda
Czesław Bartkowski - FAO / Rozmowa Z Dzwonem
Czesław Bartkowski - Drums Dream / Przejściówka

środa, 7 maja 2014

Życie kręci się z prędkością 33 1/3 RPM.

Fajny artykuł z Tomaszem Olszewskim, który ukazał się w polskim wydaniu magazynu Vice o tematyce winylowo-muzycznej .
Nasz bohater jest właścicielem sklepu muzycznego w Wielkiej Brytanii, udziela się również w radio, prowadzi fan page na fejsbuku "Grupa Winylowa".
Link do wywiadu tutaj.

ps. Tak na marginesie to winyl odtwarza się z prędkością 33 1/3 RPM.

poniedziałek, 28 kwietnia 2014

Super Girl & Romantic Boys, 25.04.2014, Londyn.

To już kolejny raz kiedy SG&RB nawiedzają Londyn, wiadoma rzecz, nie ma co się obawiać o frekwencję, pankowa brać na pewno zasili koncert.
Koncert w Londynie był ostatnim miejscem na trasie grupy po Wielkiej Brytanii, która liczyła pięć miast a mianowicie:
- 18.04, Brighton,
- 19.04, Bristol (Polski Klub Kombatanta !),
- 20.04, Plymouth,
- 23.04, Edinburgh,
- 25.04, Londyn.
Koncert odbył się w klubie T Chances w północnym Londynie, który jest dość prężnie działającym 
centrum kultury, otwartym na różne wydarzenia. Według organizatorów zostało sprzedanych około 300 biletów, które kosztowały 8 funtów. Nie przeliczajcie na złotówki, 5-8 funtów to taka normalna cena jak na niezależny pankowy koncert.
Wieczór otworzył kobiecy duet Punkture Sluts (perkusja i bas) grający bardzo ostre noisowe dźwięki w klimatach Prong czy Sonic Youth, mocne rozpoczęcie wieczoru, grupa została bardzo dobrze przyjęta. 
Po kilkudziesięciu minutach hałasowania przyszedł czas na zespół na które czekało liczne zgromadzone audytorium - wiadoma rzecz 95% publiczności to byli Polacy.
Po krótkiej przerwie wchodzi "gwiazda" wieczoru, która zaczęła swój pierwszy utwór zza zasłoniętej kotary 
na scenie (zrzynka z Kraftwerk ;) ?. 
Przyznam się, że efekt wizualny był całkiem fajny, wielokolorowe, ruszające cienie 
padały na kotarę a z kolumn płynęły romantyczne dźwięki.
Tak na marginesie, dźwiękowcem grupy na trasie był Tony Kinski, znany m.in. post industrialnego Kinsky 
czy ze składu Dezertera w latach dziewięćdziesiątych.
Organizatorzy bardzo fajnie przygotowali wystrój koncertu, kule świetlne, balony, dmuchane zabawki, atmosfera dyskoteki lat osiemdziesiątych. 
Także publiczność sprostała wymaganiom organizatorów - przebrała się czy też umalowała adekwatnie 
do stylistyki grupy. 
Po koncercie, który trwał około dwóch godzin, rozpoczęło się małe "after party", które zakończyło się około trzeciej w nocy. Jak na złość nie pomyślałem aby wziąć aparat, także poczekam aż znajomy FotoByTula, wrzuci do sieci fotografie aby przedstawić je szerszej publiczności.

Jeśli chcesz zobaczyć fotki z koncertu klik TUTAJ.

piątek, 18 kwietnia 2014

One Million Bulgarians - Blues?

Kilka postów wcześniej pojawił się na moim blogu wpis o albumie "Mordoplan" grupy Klaus mit Foch. 
"Mordoplan" uważany jest przeze mnie za jednen z najlepszych polskich płyt rockowych z lat osiemdziesiątych. Czas na kolejną bardzo dobrą rockową płytę, która ukazała się mniej więcej w tym samym czasie 
co "Mordoplan" a mianowicie "Blues?" formacji One Million Bulgarians.
Tak "szczerze pisząc" mój nowy wpis jest odpowiedzią na recenzję kolegi z blogu obok 
"Gdyby Wszystkie Słowa", który bardzo źle ocenił album "Mordoplan"
Jestem ciekaw czy jemu również "Blues?" nie podejdzie. Dokładnie wytknął co jemu się nie podoba na płycie Klausa Mit Focha, cytując: 
"...Ta płyta jest bardzo polska, jeśli chodzi o podejście do muzyki. Czyli jest tak po naszemu duszno, zimnofalowo, ponuro, monotonie, a co gorsza kompletnie bezpłciowo. Każdy utwór to dla mnie raczej męczarnia i nie znajduję w nich pocieszenia, ani odrobiny radości..."

To może po kolei:
- "Ta płyta jest bardzo polska" - właśnie dobrze, że jest bardzo polska, jaka ma być ? 
A la niemiecka, a la angielska, kopiować z Pink Floyd, czy The Police po raz kolejny? 
Jest polska i ma swój klimat.
- "Duszno, Zimnofalowo, Monotonnie, Ponuro" - w 1988 roku miałem kilkanaście lat i tak właśnie zapamiętałem Polskę, pewnie gdyby było słonecznie i miło, Klaus mit Foch grałby reggae ale tak nie było, komuna zdychała, ZOMO szalało na ulicach, chciało się tworzyć i grać ale nie było gdzie i na czym. 
Jest to muzyczny przykład na stan umysłu, który panował w tamtych dusznych, gorących czasach.
- "Bezpłciowo"- jak dla mnie płyta ta zawiera mnóstwo emocji i ekspresji.
- "Każdy utwór to dla mnie raczej męczarnia i nie znajduję w nich pocieszenia ani odrobiny radości"  - dla mnie każdy utwór to emocjonowanie się muzyką, tekstami, znajdziemy wesołe, sarkastyczne momenty, na przykład "Ostatnie Wakacje - Salmonello Nie Kocham Cię"  jak i dość ciężkawe, przygnębiające utwory takie jak: "Mordoplan" czy "Tife Tife".

Jak widać już po tych kilku cytatach nasze opinie są skrajnie różne, oczywiście nie będę przekonywał blogowicza do swoich racji bo i po co, każdy pisze to co czuje. Jestem tylko ciekaw jaką ma opinię o płycie "Blues?" - przecież jest tam tak samo: "duszno, zimno-falowo, monotonnie i ponuro" a na pewno jest jeszcze bardziej chłodniej niż na "Mordoplan"!.
Na "Blues?" mamy jeszcze więcej samplerów, instrumentów perkusyjnych, które nadają muzyce jeszcze większego chłodu a i brzmienie gitar nie pozostawia złudzeń - grają zimną falą!.
Płyta została nagrana w składzie:
- Jacek Lang: śpiew, gitara, samplery, instrumenty perkusyjne,
- Krzysztof Trznadel: gitara basowa, chórki,
- Leszek Dziarek: perkusja, chórki,
- Stefan Ryszkowski: gitara, chórki.
Nagrań dokonano między 16.11 a 18.12 1987 roku w Rzeszowskim "RSC Studio"

 




 

poniedziałek, 14 kwietnia 2014

Marek Michorzewski - Kobranocka

Wywiad z jednym z najważniejszych członków kultowej Kobranocki o którym nic praktycznie nie wiemy.
Marek Michorzewski - człowiek odpowiedzialny za "opiekę doktorską" oraz teksty, opowiada o swoich studenckich początkach, zawodzie lekarza, Kobranocce jak i o planach na przyszłość.
Link do wywiadu poniżej:
https://www.youtube.com/watch?v=mGKZdI6q0jY

środa, 9 kwietnia 2014

Jack DeJohnette Spring Quartet, Barbican, 7.04.2014,

Kilka dni temu miałem okazję zobaczyć Jack'a DeJohnette jednego z największych perkusistów jazzowych, który grał z największymi osobistościami takimi jak: Miles Davis, John Coltrane, Keith Jarrett, Dave Holland, John Abercrombie, Miroslav Vitous, Terje Rypdal, David Murray, Herbie Hancock, Tomasz Stańko, Zbigniew Seifert.
Koncert odbył się w londyńskim Barbican Art Center.
Muzyk wystąpił w swoim nowym wcieleniu Jack DeJohnette Spring Quartet w następującym składzie:
Jack DeJohnette - perkusja,
Esperanza Spalding -  kontrabas,
Joe Lovano - klarnet, saksofon tenorowy i sopranowy,
Leo Genovese - fortepian, instrumenty klawiszowe.

Koncert zaczął się z piętnastominutowym opóźnieniem, jak się dowiedziałem później powodem był atak migreny Esperanzy. Przyczyna była na tyle poważna, że był zapewniony już rezerwowy muzyk, który zastąpi kontrabasistkę. 
Jednak stało się inaczej o 19.45 muzycy wyszli na scenę powitani gorącą owacją. Koncert został wyprzedany, jednak dało się zauważyć wolne miejsca. Nam udało się kupić bilety na balkon po lewej stronie. Przyznam się, że słuchanie muzyki na koronie nie należy do przyjemności, jakby ktoś kupował bilety do Barbicanu to odradzam te miejsca, może na środku balkonu dźwięk był inny - to tak na marginesie.
Nie znam twórczości The Spring Quartet ani pozostałych muzyków (oprócz oczywiście DeJohnette), także nie nastawiałem się na specjalnie na wybrane utwory kwartetu a na słuchanie muzyki oraz grę DeJohnette.
Okiem laika było widać jak i słychać, że muzycy zaczęli bardzo nie równo, bez zgrania, muzyka się totalnie rozłaziła, a na domiar złego w pierwszym utworze Jackowi wyleciała pałeczka z ręki, jednak swoim doświadczeniem muzyk bardzo szybko opanował grę, ten utwór to popis Joe Lovano na saksofonie. 
Dość spektakularnym momentem był utwór w którym Spalding zaczęła od recytacji wiersza, przechodząc do solo na kontrabas oraz śpiew. Publiczność nagrodziła muzyków wspaniałą owacją.
Esperanza Spalding siedziała na wysokim krześle grając na kontrabasie po środku sceny między muzykami, pod sam koniec dało się zauważyć jak kontrabas ciąży muzykowi, kilka razy o mały włos nie wyślizgnął się muzykowi z ręki.
Joe Lovano bardzo często opuszczał front aby krążyć po bokach sceny a nawet za perkusją, chyba był najbardziej "żywą" osobą mimo pokaźnego brzuszka. Dało się zauważyć ogromne wczucie i zaangażowanie w swoją grę.
Leo Genovese był "obstawiony" instrumentami, po środku pianino a po bokach keyboardy. Grał z bardzo charakterystyczną nisko pochyloną sylwetką, bardzo często jedną ręką na pianinie a drugą na elektronicznych klawiszach.
W jednym utworze dało się zauważyć, że Jack'owi coś się zaczyna dziać z perkusją i przestaje grać dwoma rękoma, gra tylko lewą a drugą manipuluje coś przy stelażach, zajmuje to mu coś około minuty, przy czym gubiąc rytm wprowadza muzyków w swoisty dysonans, jednak orientuje się, że coś idzie nie tak i na ratunek zaczyna grać lewą ręką uderzenia przypisane do prawej ręki co daje tylko jeszcze gorszy efekt!
Takie wpadki w Barbicanie z takimi muzykami?
Kwartet grał około 1,5 godziny co przy tych wszystkich wpadkach oraz złego samopoczucia Esperanzy wydaje się zadowalającym czasem, grupa nie dała się namówić na bisy mimo gorącej owacji publiczności.
Na sieci można znaleźć opinie internautów co do koncertu, które są jednoznacznie negatywne: od nagłośnienia poprzez grę muzyków czy sens gry Spalding w ogóle.
Pamiętam, że koncert Stańki rok temu przyniósł mi spore wrażenia muzyczne, nie mogłem narzekać na nagłośnienie. 
Dla mnie jako jazzowego neofity dobra lekcja historii muzyki, warto było spędzić czas z takimi artystami.








niedziela, 6 kwietnia 2014

Edward Vesala - Satu

Tomasz Szukalski, Tomasz Stańko, Terje Rypdal na jednej płycie pod wodzą szalonego Fina Edwarda Vesali!.
Płyta została nagrana w "Talent Studio" w październiku 1976 pod wodzą Manfreda Eichera.
Utwór otwiera bardzo romantyczno-rozmazany utwór "Satu" gdzie muzycy pokazują swoje umiejętności. Motywem przewodnim tego utworu jest klarnet, który świetnie pasuje do konwencji tej kompozycji.
Drugi utwór to "Ballada For San", który zaczyna się świetnym tematem Tomasza Szukalskiego. 
Mniej więcej w połowie utworu zaczyna się kolejny część na trąbkę oraz gitarę aby pod sam koniec przejść znowu do saksofonu, który urzeka nas swoją grą.
"Star Flight" ten utwór to popis pary Rypdal-Vesala. Rypdal gra dość spokojnie na gitarze a Vesala wybija równe, szybkie tempa. Pod koniec utworu pojawia się Tomasz Stańko, świetne zmiany nastroju oraz aranżacji to motywy przewodnie tej kompozycji.
"Komba" to utwór, który już był opisany wcześniej na moim blogu (Live At Remont), tutaj mamy studyjną wersję gdzie Rypdal ma swój znaczny wpływ na rozwój całej kompozycji.
"Together" tutaj znowu utwór rozpoczyna klarnet, który prowadzi nas przez cały utwór. 
Utwór ma jakby za zadanie nas uśpić czy też wyciszyć, przygotować do pożegnania.
Płyta ma świetnie przemyślane ułożenie utworów: jest początek, rozwinięcie motywu jak i zakończenie, gdzie wszystko układa się w kompletną powieść.

Płyta została wydana przez kultowy ECM, może być spokojnie naszą płytą referencyjną w naszej płytotece, dynamika, przestrzeń oraz wzorowa realizacja to jak zwykle w przypadku Eichera mocne punkty a i samo "Talent Studio" jest uznaną marką samą w sobie i gwarancją świetnego brzmienia.

Płyta została nagrana w następującym składzie:

Edward Vesala- drums
Tomasz Stańko-trumpet
Palle Mikkelborg-trumpet
Juhani Aaltonen-saxophone
Tomasz Szukalski-saxophone
Knut Riisnaes-saxophone
Rolf Malm-bass clarinet
Torbjørn Sunde-trombone
Terje Rypdal-guitar
Palle Danielsson-double-bass

 


poniedziałek, 24 marca 2014

Biografia Kraftwerk(u)

To już kolejna książka, która trafia na mój blog - tym razem biografia jednego z moich ulubionych zespołów: KRAFTWERK.
Mój opis będzie ultra fanatyczno-osobisto-nieobiektywny a więc nie bierzcie go sobie zbytnio do serca i potraktujcie z przymrużeniem oka aczkolwiek z pewną dozą prawdy.
Biografię "Kraftwerk Publikation" bo taka jest pełna nazwa napisał anglik David Buckley, wykładowca uniwersytecki, dziennikarz muzyczny, wsławił się bodaj najlepszą biografią Davida Bowie 
(info z obwoluty książki).
Wstęp napisał były członek grupy Karl Bartos, a przedmowę autor, który gdzieś zjeżdża na swoje osobisto-angielski temat, to na minus.
Książka posiada pomarańczową (!) okładkę z "prostą" grafiką elektrowni, o którą podobno zabiegają już ludzie aby wykorzystywać ten motyw na koszulki czy inne gadżety.
Ja napiszę tak: okładka jest chujowa i cały ten dizajn elektrowni jest do dupy - nie wiem jak można zabiegać o takie badziewie.







Fajna, gruba okładka książki z miłym w dotyku papierem, z dodanymi kilkunastoma kolorowymi zdjęciami to na duży plus.
Co mnie raziło najbardziej w tej pozycji to to, że tłumacz odmieniał nazwę Kraftwerk, tak nagminnie, że aż głośno przeklinałem czytając takie potworki językowe:
" Owszem czerpali z dorobku Kraftwerku, ale przede wszystkim..."
" Byli jednak i tacy, który  wzorowanie się na Kraftwerku potraktowali dosłowniej..."
" A zatem manekiny były w istocie awatarami Kraftwerku..."
" Drogi Karlu, piszę książkę o Kraftwerku..."
Dla mnie jako ekstremalnego fana grupy Kraftwerk takie kwiatki językowe dyskwalifikują książkę już na samym starcie.
Książka jest podzielona na kilkanaście rozdziałów, które ozdobione są quasi industrialnymi grafikami, które są ultra brzydkie i niby mają oddawać ducha grupy czy czasów ale nic z tego panie Buckley!





Pozycja jest napisana oczywiście chronologicznie a więc od zamierzchłych lat sześćdziesiątych poprzez kultowe lata siedemdziesiąte, kolarskie lata osiemdziesiąte, "stagnację" lat dziewięćdziesiątych, po czas obecny.
Jak się fani domyślają Buckley dotarł "tylko" do Bartosa oraz Flura a więc miał dość ograniczone pole widzenia przez co pod sam koniec książki ma dość znaczące wagę - zamienia się w pewnego rodzaju oskarżenie przeciwko pozostałym dwóm "podstawowym" członkom grupy.
Pojawiają się despotyzm oraz spore ilości pieniędzy, dość wybuchowa mieszanka jak na jedną książkę o grupie, która unika sławy i błysku fleszy jak ognia.
Książka kończy się w dość smutnym okolicznościach;
Schneider odchodzi, zostaje sam Hutter ze swoimi prywatnymi robotami, które grają tak jak on zechce a w tle zawiść, zazdrość i niechęć byłych członków grupy.
Jak to odebrać ?
Ja jako fanatyczny wielbiciel grupy nie skomentuję tego tak jak panowie ze Studia Kling-Klang.
Mi osobiście nie podoba się biografia Kraftwerku (SIC!) napisana przez pana Buckley'a, autor za często zjeżdża w pisarstwo znane z tabloidów takich jak The Sun czy Daily Mirror, szukając na siłę sensacji czy też posypując solą na gojącą się ranę czasu, nie pozwalając muzykom zapomnieć o zamierzchłych latach o których nawet nie mamy pojęcia.

Znacie angielski zespół Komputer?
Jeśli tak, to właśnie dokładnie tak "brzmi" ta książka!



 

piątek, 7 marca 2014

Zbigniew Namysłowski - Air Condition

Mój poprzedni wpis dotyczył jak nowe techniki remasteringu niszczą brzmienie muzyki, które zostały nagrane w starych dobrych analogowych czasach.  Jako aby nie być zbytnio stronniczym, że tylko loudness war jest "be", chciałbym napisać kilka zdań o płycie Zbigniewa Namysłowskiego - Air Condition, wydanej przez firmę ANEX na płycie kompaktowej.

Pierwotnie płyta została wydana "na czarnym krążku" w 1981 roku przez Polskie Stowarzyszenie Jazzowe Poljazz z serii "Biały Kruk Czarnego Krążka". 
W 1982 roku została wydana reedycja w Wielkiej Brytanii w firmie Affinty, specjalizującej się w wydawnictwach jazzowych.
Płyta składa się z siedmiu kompozycji a została nagrana w składzie:
Zbigniew Namysłowski - saksofony: altowy i sopranowy.
Władysław Sendecki - klawisze
Krzysztof Ścierański - gitara basowa
Dariusz Kozakiewicz - gitara
Andrzej Mrowiec - perkusja
Jerzy Tański - instrumenty perusyjne
Wojciech Kowalewski - perkusja

Już sam skład mówi nam jaka będzie mniej więcej muzyka oczywiście fusion i okolice.
Lecz nie będę pisał dziś o muzyce (uffff) lecz o ... brzmieniu tej płyty kompaktowej. 
Płytka zaczyna się dynamicznym utworem Speed Limit. Nie spodziewałem się jakiś tam fajerwerków brzmieniowych, płytka zagrała takim typowym polskim brzmieniem, jak ja to nazywam "gra mułem".
Ok, niech tak sobie gra, nie ma problemu, nawet to czasami  ma swój urok.
Schody zaczęły się jak płyta dochodziła co raz bardziej do swojego środka - porównując z adapterem do "szpindla".
Spadała dynamika i pojawiły się sybilanty !
Zaraz, zaraz przecież słuchamy płyty CD a nie pełnej wad płyty analogowej.
Przy czwartym utworze "Ladderman" byłem już w totalno-tonalnym szoku.
Płyta CD grała jak płyta analogowa, każdy wie, że im bliżej środka płyty jest igła gramofonu tym bardziej spada dynamika nagrania a przy źle ustawionej i "zajechanej" wkładce pojawiają się nieznośnie sybilanty.
Pod koniec tegoż utworu brzmienie było już tak tragiczne i jeszcze na domiar złego jakby dolepił się jeszcze zlepek kurzu do tipu igły gramofonowej - tego nie można było już słuchać!
Igła z ledwością czytała zapis z rowka.
Dla potwierdzenia  moich przypuszczeń dodam, że ten utwór na wydaniu Poljazzu jest ostatnim, czwartym utworem na stronie A.
Dynamika utworu totalnie siadła, zobaczcie print screena z foobara2000, po lewej pierwszy utwór po prawej "Ladderman".

Szok.

Czyżby naszą "taśmą matką" dla płyty CD był dźwięk nagrany z płyty winylowej, zgranej na bardzo słabym gramofonie a na dodatek słabej, źle ustawionej wkładce ?
A może cały proces został zepsuty w tłoczni płyt CD ?
Płyta została od samego początku źle nagrana ?

Ja mam pytanie do blogowiczów: jak brzmią inne wydania tej płyty, szczególnie chodzi mi o analog.
Również grają tak słabo gra jak moja wersja CD ?

Jakie są wasze domysły ?
Czekam na komentarze.


środa, 26 lutego 2014

Klaus mit Foch wersja CD.

W końcu jest !!!
Nareszcie jest na moim pokładzie jedna z najważniejszych polskich płyt rockowych lat osiemdziesiątych wydana na formacie CD.
Album został wydany przez oficynę RitaBaum w 2012 roku.
Troszkę się obawiałem, że nie uda mi się dostać tej płyty (dość mały nakład, podobno 300 sztuk) lecz szybkie "przejście przez internety", kilka kliknięć i płyta ląduje w moim odtwarzaczu.


Klaus mit Foch - to pozostałość po odejściu czołowego muzyka z grupy, oczywiście Lecha Janerki.
Zapewne nikt nie przypuszczał, że po odejściu Lecha muzycy nagrają tak rewelacyjny album. 
To kolejny płyta, który udowadnia, że polska muzyka miała kiedyś bardzo wysoki poziom, mimo stałego braku sprzętu, pieniędzy, dobrego studia. Liczył się talent i dobre chęci.
Płyta została nagrana w składzie:
Jacek Fedorowicz - bas, głos
Zbigniew "Golden" Kapturski - głos, gitara, skrzypce
Wiesław Mrozik - gitara, Yamaha DX7, głos
Marek Puchała - perkusja, głos.

Digipack jest fajnie wydany, gruby laminowany papier rozkłada się na trzy części. Do płyty dodana jest skromna wkładka z tekstem a szkoda przy tak długo oczekiwanej płycie można było się wysilić o coś lepszego. Dodać więcej fotografii, ciekawostek, gratka dla fanów murowana.


 
Nowe wydanie dostało odświeżoną szatę, na oryginalną grafikę została nałożona "siateczka", u góry okładki "solniczka" jest inna niż na wydaniu winylowym, przedmioty na okładce dostały nowe życie (na wysoki połysk), wiadomo fotoszop ostro poszedł. 
Zmieniony został również delikatnie cały układ stylistyczny okładki.










Już pierwsze utwory ukazały mi motywy, których nie słyszałem na wydaniu winylowym.
Jednak moja euforia szybko przerodziła się w obawy. Czyżby...
Pomyślałem sobie "nie ma bata ktoś przekręcił ostro gałki w prawo podczas masteringu".
Po przesłuchaniu na odtwarzaczu cd szybko wrzuciłem do komputera aby zobaczyć jak ta muzyka "wygląda".
Takie otrzymałem obrazy.






Przycięte wierzchołki nie świadczą dobrze, otrzymaliśmy nieco "z normalizowaną" wersję naszego albumu. A więc "loudness war" trzyma się dobrze!
Muzyka otrzymała potężne (głośne) brzmienie, które nie jest nam obce od lat co najmniej piętnastu. Realizator odrobinkę przesadził z "dobrodziejstwem" nowych sztuk nagraniowych.
Jednak nie obawiajcie się, nie jest aż tak źle ale uważam, że dźwiękowiec mógł troszeczkę zachować oryginalne brzmienie i spuścić z tonu. Bas jest potężny i dominuje nad całym dźwiękiem, po kilku minutach zaczyna nieco męczyć. Wysokie tony, talerze zostały nieco zmiażdżone, muszę to koniecznie porównać z wydaniem winylowym. Właśnie słucham już trzeci raz tego wydania i co raz bardziej coś mi nie pasuje w tych wysokich rejestrach. Proszę przesłuchajcie sami i piszcie czy macie takie same odczucia.

No cóż, kolejna ważna pozycja, która ukazała się na cd zasypując kanał wstydu polskiej fonografii.
W wypadku Klausa Mit Focha płyta została wydana po... 24 latach od wydania wersji winylowej!
Ile jeszcze pozostało takich pozycji na polskim rynku muzycznym ?
Setki? Tysiące?
My jako fani muzyki czekamy na kolejne ciekawe płyty.

ps.
Realizatorzy gałki w LEWO.




środa, 19 lutego 2014

Michał Urbaniak - Urbaniak. Polskie płyty winylowe też ładnie grają.

Narzekamy na polskie tłoczenia, że bardzo słabo brzmią, nie ma w nich polotu i życia.
Niestety jest to prawda, że większość rodzimych wydań nawet nie osiąga 50% jakości brzmienia jakie mają płyty wydane na tzw. Zachodzie, Japonii czy USA.
Żeby się o tym łatwo przekonać porównajcie sobie jakąś płytę z serii Polish Jazz do wydawnictw wytwórni ECM. 
Jest to ogromna przepaść, polskie płyty przegrywają w każdym aspekcie jeśli chodzi o brzmienie, dynamikę itp. rzeczy.

Aby nie popadać w zbytnie polskie skrajności chciałbym przedstawić dobre polskie tłoczenie a jest nią płyta  Michała Urbaniaka wydana przez Tonpress w 1977 roku (SX 1837).

Płytę otwiera super przebojowy "Tie Breaker".
Utwór poświęcony Wojciechowu Fibakowi, który w tym czasie święcił swoje tryumfy jako tenisista.
Przyznam się, że zrobiłem wielkie "UUUUUUUUUUUUUU" będąc pod wrażeniem dźwięków jakie dochodziły do mnie. Doznałem małego szoku.
Kolejny utwór to Strife, rozpoczyna się świetnym funkującym basem, który jest szkieletem całego utworu, podporządkowując sobie całą kompozycję "pod siebie".
"Mountaineers" - nie wiem czemu kojarzy mi się momentami, że są tam przemycone nutki polskiego folkloru, Namysłowski robi świetną robotę, perkusja wygrywa stałe monotonne tempo.
"Weird Creatures" - po raz kolejny rozpoczyna bas, moog urozmaica swoimi paternami utwór, ścisła światowa czołówka z mistrzowską solówką Urbaniaka.
"Jasmine Lady" - to oczywiście kompozycja Namysłowskiego, o lekkim zabarwieniu "azjatyckim", fajne chórki o takiej soulowej, czarnej barwie, to nie śpiewa chyba Urszula, choć nikt na okładce nie jest wymieniony jako ekstra wokal.
"Always Ready" - rozpoczyna się ponad minutową zagrywką Urbaniaka na skrzypce aby przejść do mocnego basowego grania, perkusja robi po raz kolejny świetną robotę. Głos Urszuli Dudziak jest kolejnym bardzo ważnym "instrumentem" w tym utworze.
"Stray Sheep" - ostatni utwór na płycie na którym żegna się ze słuchaczem Namysłowski, ten utwór należy do niego. Pod koniec muzycy przechodzą do folkowego rytmu, urzekając nas raz po raz swoimi zagraniami.

Album został nagrany w Zurychu w międzynarodowym składzie:
Michał Urbaniak - violin, lyricon,
Urszula Dudziak - voice, percussion,
Zbigniew Namysłowski - alto sax, flute,
Kenny Kirkland - fender piano, poly-moog, mini-moog,
Tony Bunn - bass guitar,
Lurenda Featherstone - drums.
Utwory są kompozycjami Michała Urbaniaka oraz Zbigniewa Namysłowskiego.

Tak się zastanawiam narzekając na polskie tłoczenia, dlaczego ta płyta tak dobrze gra ?
Czy dlatego, że była nagrywana poza Polską (a więc nie polski realizator, studio itd.) ?
Ktoś  w centrali w Polsce zdecydował, OK na tej płycie nie "oszczędzamy".
Dlaczego polskie płyty tak słabo grają ? 
Ponieważ nie było w Polsce żadnego dobrego studia, realizatora ?
Może dlatego, że "taśma matka" nagrana w studio jest podłej jakości i przez to muzyka traci się całą moc ?
Wina tłoczni (mastering) oraz jakość płyty winylowej (z czego jest wykonana) ?

Jakie są wasze przemyślenia ?
Dlaczego polskie płyty winylowe tak słabo grają ?