Dzisiaj chciałbym zaprezentować drugą część płyty prezentującej polski big-beat z lat 1965-1972.
Pozycja została wydana w Niemczech przez Big Road Records w 2014 roku.
Pierwszą część zaprezentowałem tutaj, także jeśli ktoś chciałby poznać mało znany
(przynajmniej dla mnie) polski rock'n'roll to gorąco zapraszam.
Na czarnym krążku znajdziemy aż 18 utworów i jak w poprzednim przypadku większości nie znałem.
Od strony muzycznej przykuły moją uwagę następujące grupy:
- Sygnały 74,
- Chochoły,
- Sarmaci - Breakout cover !,
- Klan,
- Krzysztof Klenczon & Trzy Korony,
- Niebiesko-Czarni,
- Wiślanie 69,
Miłego odsłuchu.
ps. Oczywiście obydwie płyty "od sąsiada".
Dzisiaj chciałbym zaprezentować blogowiczom składankę polskich zespołów big beatowych z lat 60-tych.
Na płycie winylowej znajdziemy 18 zespołów, które kreowały polską scenę rockową.
Oczywiście znajdziemy tam wielkich tuzów gatunku jak Klan, Niebiesko- Czarni, Trubadurzy czy psychodeliczny Zdrój Jana ale większość nazw zespołów widziałem i słyszałem pierwszy raz.
Kto słyszał zespół Śliwki ?
Szwagry ?
Birbanci ?
Elar ?
Filipy ?
Czarne Golfy ?
Ja się przyznaję, wyżej wymienione nazwy widziałem pierwszy raz na oczy.
Na płycie znajdziemy kilka ciekawostek oraz dobrych utworów.
Na pewno Zdrój Jana przykuje naszą uwagę swoją psychodeliczną jazdą bez trzymanki.
Cover Jimiego Hendrix'a "Purple Haze" w wykonaniu Niebiesko-Czarnych pod tytułem "Purple Hazy" dla jednych profanacja a dla innych utwór ten może być ciekawym zmierzeniem się z bogiem gitary.
Polanie ze swoim "Cool Jerk", to kolejny bardzo dobry utwór.
Płyta została wydana w Niemczech przez Beat Road Records.
Do krążka dołączona jest ulotka z opisem zespołów w języku angielskim.
Fajna pozycja, która przedstawia szerszej publiczności polski big beat, jak widać pozycja potrzebna ponieważ nawet niektórzy Polacy nie znają tych zespołów ze składanki.
Miłego odsłuchu.
Dzisiaj odsłuchuję swoją setną pozycję z wytwórni ECM, która znalazła się mojej kolekcji.
Właśnie sączy się z kolumn płyta Miroslava Vitous'a "Universal Syncopations".
Kogo znajdziemy w składzie ?
Same super-gwiazdy z jazzowego firmamentu.
Jan Garbarek, Chick Corea, John McLaughlin, Jack DeJonnette oraz oczywiście Miroslav Vitous
Płyta została nagrana w najsłynniejszym jazzowym europejskim studio a mianowicie "Rainbow Studios" w Oslo.
Swoją pierwsza płytę z ECM-u zakupiłem pięć lat temu i był to krążek CD Tomasza Stańko "Lontano".
Od tamtej pory zakochałem się w nagraniach tej wytwórni.
Referencyjna jakość dźwięku, skromna lecz bardzo gustowna stylistyka poligrafii, dbałość o każdy szczegół, tego można oczekiwać od Manfreda Eichera, który prowadzi wytwórnię od samego początku czyli
... lat 70-tych.
Obecnie 60 procent mojej kolekcji ECM to płyty CD a 40 procent to "czarne krążki".
Eicher jest również odpowiedzialny za znakomitą większość produkcji muzyki, która ukazuje się w jego wytwórni.
Nie wiem skąd on bierze na to czas?.
Tytan pracy, nadczłowiek.
Można również dodać, że wytwórnia ECM podzielona jest na kilka pod-labeli w których ukazuje się nie tylko jazz a na przykład - muzyka klasyczna.
Czego sobie życzyć z dzisiejszej okazji ?
Na pewno następnej "setki" i jeszcze większych muzycznych wrażeń.
Wytwórnia ForTune chodziła za mną od dawna.
Widziałem coś w sklepie, widziałem coś na sieci - zawsze rzucała mi się w oczy taka sama szata graficzna poligrafii.
Czarno-białe zdjęcie, różowy lub zielonkawy dodatek - ten sam wzór na każdym wydaniu.
Oczywiście patent ten został najpewniej zaczerpnięty z rytu okładek kultowego ECM, aby po pierwszym spojrzeniu na okładkę wiedzieć, że to jest ta wytwórnia a co za tym idzie oczekiwać dobrej muzyki.
Na dodatek potwierdzając tę tezę, płyty z polskiej wytwórni posiadają papierowe obwoluty, które jednak po rozpakowaniu z folii nie można nałożyć na opakowanie kompaktu.
Po kilku latach mijania się między półkami w sklepach muzycznych sprawiłem sobie prezent pod choinkę: dwie płyty z wytwórni ForTune, pierwszą z nich jest tytułowy Shaman.
Który to już projekt Wojtka Mazolewskiego?
Piąty, dziesiąty?
Sam nie wiem!
Nasz muzyk jazzowy, który przeżywa obecnie swoje 15 minut sławy aż kipi pomysłami raz po raz rozlewając swoją muzykę po wszechświecie.
Uwielbiany przez publiczność, hołubiony przez krytykę, przystojniacha spełnia się gdzie tylko może.
Tym razem zaprosił jazzowego weterana amerykańskiej sceny Dennisa Gonzalesa, który na stałe bazuje w Dallas.
Dennis przyjechał w 2010 roku do Polski, gdzie nagrał ów album na którym znajdziemy sześć kompozycji: Krzysztofa Komedy, Dennisa Gonzalesa no i oczywiście Wojciecha Mazolewskiego.
Płyta bardzo dobrze brzmi, może czasami jest za potężne brzmienie ale jak na polskie warunki jest naprawdę dobrze.
Do wydania dostarczona jest książeczka wydrukowana na wysokiej jakości papierze kredowym na którym można dowiedzieć się kilku rzeczy od muzyków jak powstawała ta płyta.
Chyba zostanę fanem tej wytwórni.
Pozycja wydana przez litewską podziemną wytwórnię No Business, oczywiście jak to bywa z takimi płytami - limitowana do 300 sztuk.
Na płycie znajdziemy dwa utwory zarejestrowane w Chicago co ciekawe kompozycje te zostały zarejestrowane w odstępie prawie półrocznym.
Obok Trzaski, który odpowiedzialny jest za saksofon, znajdziemy w składzie kontrabasistę Devina Hoff'a oraz perkusistę Micheala Zerang'a.
Jak to bywa z Mikołajem i tym razem muzyk lubi sobie trochę po improwizować z muzyką.
Przyznam się jako jazzowy neofita muzyka wcale nie jest jakoś specjalnie trudna w odbiorze i słucha się z przyjemnością, tym bardziej, że winyl bardzo dobrze brzmi umilając nam czas.
Zbigniew Wodecki to czołowy muzyk poprzedniej epoki, znany z festiwali ogólnopolskich ... zaraz, zaraz to nie ta recenzja.
W 2015 roku wytwórnia Lado ABC wydała chyba najbardziej dziwny muzyczny duet roku a mianowicie Zbigniew Wodecki oraz Mitch & Mitch.
Wodecki długo się zastanawiał czy aby "jakiś" Mitch & Mitch jest warty muzycznego eksperymentu i poświęcenia mu czasu.
Tym bardziej, że muzyka miała być nagrana z orkiestrą. W tym przypadku muzyk miał wątpliwości czy jego nowi znajomi podołają wyzwaniu.
Zbigniew Wodecki w 1976 roku wydał swój album na którym umieścił 11 utworów utrzymanych w bardzo ciepłym, pogodnym tonie. To właśnie od tego albumu rozpoczęła się błyskotliwa kariera muzyka w Polsce.
Jednak jak to bywa, płyta z każdym rokiem odchodziła w muzyczne zapomnienie aż do ponownego "odkrycia" po 40 latach przez panów Mitch & Mitch.
Album został bardzo pieczołowicie wydany w formie książeczki gdzie bonusem jest krążek DVD z koncertu nagranego w studio z 43 osobową orkiestrą plus chór !.
Film, który powstawał dobrych kilka lat pod przewodnictwem Tymona.
Film gdyby został zrobiony "w normalnych" warunkach z taką obsadą mógłby sporo zawojować w Polsce.
Jednak na warsztat wzięli go życiowi "nieudacznicy" a więc musiało wyjść z tego ... gówno.
Nie inaczej.
Zobaczmy kto zagrał w tym gównianym filmie.
- Tymon Tymański - jako lider rockowego zespołu,
- Robert Brylewski - zagrał siebie samego czyli pankowego weterana, który utknął gdzieś w latach osiemdziesiątych.
- Grzegorz Halama - sprytny komornik-menadżer grupy Tymona.
- Wojciech Mazolewski - muzyk,
- Leszek Możdżer - jako... zobaczcie sami,
- Sonia Bohosiewicz - skinhead girl z "Wojny Polsko- Rosyjskiej" zagrała gwiazdę szołbiznesu, całkiem podobną do... ,
- Jan Peszek - no tutaj to już odlot,
- Arkadiusz Jakubik - hehehehehe, zagrał... hhihihihi, zobaczcie sami,
- Marian Dziędziel - ojciec Tymona.
Jak napisałem powyżej film powstawał w spartańskich warunkach z bardzo ograniczonym budżetem a więc od razu widać skromność planu zdjęciowego oraz aranżacji scen.
Choć nie można oddać, że wszyscy starają się z całych sił aby wypaść jak najlepiej.
Mamy dobry miks aktorskich rutyniarzy jak Peszek, Bohosiewicz, etatowi ludzie Smażowskiego jak Dziędziel czy Jakubik z absolutnymi amatorami jak Brylewski czy Tymański.
Jeśli do gry zawodowych aktorów nie można się przyczepić, w końcu to ich zawód, amatorzy wypadli amatorsko oprócz Halamy, który wypadł wręcz rewelacyjnie.
Świetne dialogi, gra ciałem (scena układania się do snu !), sceny łóżkowe w których Halama wyszedł bardzo naturalnie. Jak nie cierpię Halamy jako kabareciarza, tutaj oddaję mu honor i ściągam czapkę z głowy.
Brawo !
Co do Tymańskiego to wypadł bez przekonania, ot odegrał to co miał zagrać, z małym wyjątkiem w którym udało się Tymonowi odlecieć, mam na myśli "scenę łóżkową" z Jakubikiem.
Tutaj leżałem na ziemi śmiejąc się z gagu wziętego z życia pana ...
Jestem pewny, że ten dialog przejdzie do libacyjnych kanonów rozmów Polaków.
Brylewski - bardzo słabo, czyżby to był ten okres w którym Robert troszkę odjechał w inne światy za bardzo, chyba tak. Lecz nie można wymagać od niego bycia aktorem on jest muzykiem i basta !
Kto nie oglądał filmu pewnie po mojej recenzji wie jeszcze mniej a więc zapraszam do oglądania aby przekonać się jak wypadli nasi muzycy w roli aktorów.
Polonia Records - to mała wytwórnia, która wydaje klasyczne, polskie płyty jazzowe.
W swoim dorobku wydała lekko ponad sto pozycji a znajdziemy w jej katalogu takich tuzów jak Krzysztof Komeda, Jan Ptaszyn Wróblewski, Urszula Dudziak, Stan Getz i wielu, wielu innych znakomitych muzyków.
Dzisiaj chciałbym opisać album "A i J" Tomasza Stańko.
Płyta została pierwotnie nagrana w 1982 roku a wersja kompaktowa pochodzi z 1997 roku.
Nie będę opisywał muzyki, która jest zawarta na płycie a opiszę pewną kwestię, która zbulwersowała mnie.
Tym razem chodzi mi o poligrafię płyty. W sumie to nie ma się do czego doczepić, ładny druk, kredowy papier... .
Tylko dlaczego wydawca zadrukował jedną stronę wkładki a drugą zostawił pustą ?!.
Oszczędność druku, błąd w drukarni czy po prostu niechlujstwo ze strony wydawcy ?.
Nie wiem czemu ale skłaniałabym się do tej ostatniej wersji a więc "olanie słuchaczy" przez wydawcę.
Przy takiej klasie muzyków, dodanie informacji czy zdjęć z sesji nagraniowej to absolutne minimum, które wydawca powinien "odhaczyć".
Ale co tam drukujemy, byleby tylko wyszło.
Dlaczego wypuszcza się takie gnioty ?
Płyta nigdy nie ukazała się na CD a więc ciemny lud to kupi... i kupuje.
Tylko dlaczego później wydawcy się dziwią, że słuchacze przestają kupować legalne płyty?.
Płyta wygląda jak 100% pirat choć nią nie jest.
Szkoda gadać.
Kolejna pozycja od sąsiada tym razem polski wypust Bogowie "Chi-Chi".
Płyta została wydana przez zaprzyjaźnioną również ze mną dobrze zapowiadającą się wytwórnię Lanqudity Records bazującą obecnie w Londynie.
LQ - jest prowadzona przez dwóch muzycznych maniaków zakochanych w jazzie lecz mająca korzenie w alternatywnych zakamarkach muzyki, gdzie nie obce są im punkowe idee D.I.Y.
"Chi-Chi" - zostało wydane w 2014 roku a płytę nagrało aż sześciu muzyków. To dobrze świadczy o całym projekcie ponieważ w obecnych czasach płytę nagrywa jedna lub dwie osoby i komputer.
Bogowie tworzą:
Michał Mijał - gitary,
Jacek Mazurkiewicz - kontrabas, syntezator,
Piotr Gwadera - perkusja, wokal,
Suavas Lewy - gitary, wokale, trąbka,
Marcin Zabrocki - wokale, syntezator, sampler,
Gosia Herba - wokal.
Dobry miks muzyków z doświadczeniem z ludźmi, którzy dopiero wchodzą na muzyczny firmament.
Jacek Mazurkiewicz - to już uznany muzyk udzielający się na scenie jazzowej, nagrał płyty m.in. z Mikołajem Trzaską oraz Andrzejem Przybielskim.
Piotr Gwadera - muzyk udzielający się w bardziej rockowych projektach jak 19 Wiosen czy L. Stadt.
Marcin Zabrocki - znany z Hey czy solowego projektu Katarzyny N.
Muzyka jaką usłyszymy na płycie na pewno nie jest łatwa w odbiorze, po za pierwszym utworem, który niesie ze sobą wesołą, pozytywną nutkę.
Ogólnie dźwięki jakie usłyszymy na płycie są powolne, monotonne w sam raz komponujące się z pogodą jaką mamy za oknem.
Muzyka jest bardzo przestrzenna, wahająca się między powolnymi tempami aby od czasu do czasu nas obudzić i postawić na nogi.
Od razu rzuca mi się skłonność do jazzowej improwizacji i muzycznego eksperymentu. Melancholia płynąca z płyty potrafi nas zauroczyć jak i również zatrzymać na chwilę czas aby wymusić na nas jeszcze większe wejście w muzykę.
Tak jak napisałem powyżej znajdziemy tutaj jazzową improwizację jak i industrialny hałas, również znajdziemy spokojne ambientowe wręcz frazy po momenty, które nas obudzą z muzycznego snu.
Również chciałbym zwrócić uwagę na bardzo dobrze brzmienie płyty.
Muzyka doskonale rozpływa się między kolumnami, to na pewno również zasługa masteringu Marcina Cichego znanego m.in ze Skalpel.
Od strony wydawcy wszystko na najwyższym poziomie, bardzo dobra poligrafia, dołączony art-work na grubym kartonowym papierze, solidny kawał polichlorku winylu.
Widać, że LQ na niczym nie oszczędzało, chciało nam pokazać muzykę i produkt na najwyższym z możliwych poziomów.
Udało im się to !!!.
ps.
AAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAAArrgggggggggggggHHHHH.
Oddając płytę sąsiad zapytał się mnie czy słuchałem jej na 45RPM.
Odpowiedź moja była, że słuchałem ją na 33 1/3RPM.
A więc odsłuchuję ją jeszcze raz na 45RPM !
I też jest dobrze !
A więc kochani blogowicze tą 12 calówkę TRZEBA słuchać na 45RPM ale i MOŻNA na 33 1/3 RPM !
Trochę nie profesjonalny jest ten wpis ale niech już tak zostanie ku pamięci.
Także ogłaszam, że powyższa recenzja dotyczy "Chi-Chi" o prędkości odsłuchu 33 1/3RPM.
Kolejna pozycja od sąsiada, tym razem jest to płyta kompaktowa Zabrocki "1+1=0".
Chciałbym od razu podziękować mojemu sąsiadowi i samemu Zabrockiemu, który utwierdził mnie w przekonaniu, że nowa muzyka także i polska w przytłaczającej większości jest chuja warta i moja droga obrana kilka lat temu aby wrócić do lat 60-tych czy 70-tych a nawet zmienić gust muzyczny na jazz to dobry kierunek.
Marcin Zabrocki - muzyk, który udzielał się w Hey, w projekcie Nosowskiej, można było go również usłyszeć grupie Bogowie.
Tym razem miał nieco trudniejsze zadanie - nagrał całą płytę.
Pierwsze co rzuca mi się to teksty - jakby były napisane przez nastolatkę ubraną na czarno: infantylne i pełne kompleksów typowych dla tego okresu.
Może faktycznie teksty były napisane przez kobietę i dlatego tak ciężko mi się do nich odnieść ?
Może trzeba być kobietą aby je zrozumieć ?
Przyznam się, że bardzo ciężko było mi odnaleźć się w sferze tekstowej.
Drugie co przychodzi mi do głowy to maniera śpiewania Zabrockiego w stylu pani Nosowskiej.
Po co ?
Dlaczego ?
Również zaproszenie do zaśpiewania w swoim męczącym stylu pani Kasi N., tylko przyniosło więcej gwoździ do tej płyty... .
Nic tylko się ukrzyżować.
Co do kwestii muzycznej to od razu mi się kojarzy Smolik, tylko taki zwolniony, bardziej ubogi w aranżacji.
Jak sami śpiewają muzycy na płycie użyję zwrotu "po chuj".
To jest moje zdanie - zdanie kolesia, który nie nagrał ŻADNEJ płyty w swoim życiu.
Także panie Zabrocki oby nowa płyta była inna !
"Szkoda mi czasu, spałem długo na słuchanie takiej nudy!"
Wpis spóźniony o pół roku jednak myślę, że warto napisać coś od swojej muzycznej strony.
Nie każdy może wie, że prowadzę swój kanał na YT na którym udostępniam głównie polską muzykę, spora część to ripy z winyli.
Dużo jazzu, sporo punk rocka, trochę awangardy - jakiś miesiąc temu trzy miliony osób oglądnęło "moje" filmiki od początku założenia konta - też będzie kolejna okazja do wpisu.
Ok, wróćmy do wyborów... .
Przeglądając dział "Analityka" na swoim koncie YT zauważyłem dziwną "górkę" na ogólnym wykresie oglądalności mojego kanału. Jako, że staram się na bieżąco monitorować co się dzieje na moim koncie od razu tę "górkę" połączyłem z majowymi wyborami - oczywiście nie pomyliłem się.
Zobaczcie jak wybory wpłynęły na oglądalność na YT.
Oczywiście jak się domyślacie liczniki mojego konta nabił mi Paweł Kukiz i Piersi.
Pierwsza czwórka oglądalności od 11 marca do 14 sierpnia wygląda nastepująco:
- "ZCHN Zbliża Się",
- Brygada Kryzys "To Co Czujesz To Co Wiesz" - czyżby jutubowcy byli skłonni do refleksji ?,
- "Rezerwa",
- "Silesian Song".
Oczywiście pod filmikami wybuchła internetowo-polityczna awantura na słówka, docinki i oskarżenia, jednak w miarę możliwości starałem się pilnować porządku.
No cóż praktycznie od zawsze muzyka rockowa jest połączona z polityką a polityka niestety jest częścią naszego życia.
Trzeba iść za ciosem - kolejna płyta od sąsiada a będzie to tym razem pełno wymiarowa płyta Seu Jorge and Almaz.
Podwójna płyta została wydana w 2010 roku przez amerykańską wytwórnię Now-Again Records.
Seu Jorge zaprosił do nagrana płyty trzech muzyków nazywając cały projekt Almaz.
Na krążkach znajdziemy dwanaście utworów m.in. wspomniane w poprzednim poście The Model oraz Everybody Loves The Sunshine.
Muzyka jaką znajdziemy na płycie nie jest typową "brazylijską" sambą czy też brzmieniami z Ameryki Południowej. Choć muzyka zawiera pełen słońca ryt to produkcja oraz brzmienie jest całkiem zaskakujące.
Znajdziemy tam dużo pogłosów czy nawet dubowych tricków, mięsistego basu znanego z produkcji reggae. Większość piosenek ma bardzo miękkie, wręcz rozlewające się między kolumny brzmienie. Znajdziemy też typowe dla rockowych kompozycji gitarowe solówki.
Na spory minus można dodać, że praktycznie cała płyta to są cudze utwory, czyżby brak inwencji twórczej ?
Jak to im wyszło przesłuchajcie i oceńcie sami.
To już kolejna płyta od sąsiada, tym razem otrzymałem aby przesłuchać ją jako fan grupy Kraftwerk.
Seu Jorge wziął na swój warsztat chyba największy "hit" The Model.
Oczywiście jak to bywa z muzyką sąsiada nawet nie miałem pojęcia o tym wykonawcy.
Seu Jorge to brazylijski muzyk i aktor, który karierę rozpoczynał jako bezdomny w okrytych złą sławą fawelach, gdzie jako nastolatek zainteresował się muzyką i oczywiście była to samba.
Jorge wystąpił również w znanym na całym świecie filmie "Miasto Boga" za który zebrał bardzo dobre opinie.
"The Model" - to 12 calowy singiel na którym znajdziemy pięć utworów.
Na stronie A to trzy wariacje utworu Kraftwerk, na stronie B, dwie przeróbki wielkiego hitu "Everybody Loves The Sunshine".
Jak wypadł Kraftwerk ?
W moim odczuciu muzyka brzmi bardzo psychodelicznie a nawet z lekką nutką psychobilly.
Bardzo delikatna gra perkusji, kilka riffów na gitarę i mamy "Das Model".
Posłuchacie sami.