środa, 26 lutego 2014

Klaus mit Foch wersja CD.

W końcu jest !!!
Nareszcie jest na moim pokładzie jedna z najważniejszych polskich płyt rockowych lat osiemdziesiątych wydana na formacie CD.
Album został wydany przez oficynę RitaBaum w 2012 roku.
Troszkę się obawiałem, że nie uda mi się dostać tej płyty (dość mały nakład, podobno 300 sztuk) lecz szybkie "przejście przez internety", kilka kliknięć i płyta ląduje w moim odtwarzaczu.


Klaus mit Foch - to pozostałość po odejściu czołowego muzyka z grupy, oczywiście Lecha Janerki.
Zapewne nikt nie przypuszczał, że po odejściu Lecha muzycy nagrają tak rewelacyjny album. 
To kolejny płyta, który udowadnia, że polska muzyka miała kiedyś bardzo wysoki poziom, mimo stałego braku sprzętu, pieniędzy, dobrego studia. Liczył się talent i dobre chęci.
Płyta została nagrana w składzie:
Jacek Fedorowicz - bas, głos
Zbigniew "Golden" Kapturski - głos, gitara, skrzypce
Wiesław Mrozik - gitara, Yamaha DX7, głos
Marek Puchała - perkusja, głos.

Digipack jest fajnie wydany, gruby laminowany papier rozkłada się na trzy części. Do płyty dodana jest skromna wkładka z tekstem a szkoda przy tak długo oczekiwanej płycie można było się wysilić o coś lepszego. Dodać więcej fotografii, ciekawostek, gratka dla fanów murowana.


 
Nowe wydanie dostało odświeżoną szatę, na oryginalną grafikę została nałożona "siateczka", u góry okładki "solniczka" jest inna niż na wydaniu winylowym, przedmioty na okładce dostały nowe życie (na wysoki połysk), wiadomo fotoszop ostro poszedł. 
Zmieniony został również delikatnie cały układ stylistyczny okładki.










Już pierwsze utwory ukazały mi motywy, których nie słyszałem na wydaniu winylowym.
Jednak moja euforia szybko przerodziła się w obawy. Czyżby...
Pomyślałem sobie "nie ma bata ktoś przekręcił ostro gałki w prawo podczas masteringu".
Po przesłuchaniu na odtwarzaczu cd szybko wrzuciłem do komputera aby zobaczyć jak ta muzyka "wygląda".
Takie otrzymałem obrazy.






Przycięte wierzchołki nie świadczą dobrze, otrzymaliśmy nieco "z normalizowaną" wersję naszego albumu. A więc "loudness war" trzyma się dobrze!
Muzyka otrzymała potężne (głośne) brzmienie, które nie jest nam obce od lat co najmniej piętnastu. Realizator odrobinkę przesadził z "dobrodziejstwem" nowych sztuk nagraniowych.
Jednak nie obawiajcie się, nie jest aż tak źle ale uważam, że dźwiękowiec mógł troszeczkę zachować oryginalne brzmienie i spuścić z tonu. Bas jest potężny i dominuje nad całym dźwiękiem, po kilku minutach zaczyna nieco męczyć. Wysokie tony, talerze zostały nieco zmiażdżone, muszę to koniecznie porównać z wydaniem winylowym. Właśnie słucham już trzeci raz tego wydania i co raz bardziej coś mi nie pasuje w tych wysokich rejestrach. Proszę przesłuchajcie sami i piszcie czy macie takie same odczucia.

No cóż, kolejna ważna pozycja, która ukazała się na cd zasypując kanał wstydu polskiej fonografii.
W wypadku Klausa Mit Focha płyta została wydana po... 24 latach od wydania wersji winylowej!
Ile jeszcze pozostało takich pozycji na polskim rynku muzycznym ?
Setki? Tysiące?
My jako fani muzyki czekamy na kolejne ciekawe płyty.

ps.
Realizatorzy gałki w LEWO.




środa, 19 lutego 2014

Michał Urbaniak - Urbaniak. Polskie płyty winylowe też ładnie grają.

Narzekamy na polskie tłoczenia, że bardzo słabo brzmią, nie ma w nich polotu i życia.
Niestety jest to prawda, że większość rodzimych wydań nawet nie osiąga 50% jakości brzmienia jakie mają płyty wydane na tzw. Zachodzie, Japonii czy USA.
Żeby się o tym łatwo przekonać porównajcie sobie jakąś płytę z serii Polish Jazz do wydawnictw wytwórni ECM. 
Jest to ogromna przepaść, polskie płyty przegrywają w każdym aspekcie jeśli chodzi o brzmienie, dynamikę itp. rzeczy.

Aby nie popadać w zbytnie polskie skrajności chciałbym przedstawić dobre polskie tłoczenie a jest nią płyta  Michała Urbaniaka wydana przez Tonpress w 1977 roku (SX 1837).

Płytę otwiera super przebojowy "Tie Breaker".
Utwór poświęcony Wojciechowu Fibakowi, który w tym czasie święcił swoje tryumfy jako tenisista.
Przyznam się, że zrobiłem wielkie "UUUUUUUUUUUUUU" będąc pod wrażeniem dźwięków jakie dochodziły do mnie. Doznałem małego szoku.
Kolejny utwór to Strife, rozpoczyna się świetnym funkującym basem, który jest szkieletem całego utworu, podporządkowując sobie całą kompozycję "pod siebie".
"Mountaineers" - nie wiem czemu kojarzy mi się momentami, że są tam przemycone nutki polskiego folkloru, Namysłowski robi świetną robotę, perkusja wygrywa stałe monotonne tempo.
"Weird Creatures" - po raz kolejny rozpoczyna bas, moog urozmaica swoimi paternami utwór, ścisła światowa czołówka z mistrzowską solówką Urbaniaka.
"Jasmine Lady" - to oczywiście kompozycja Namysłowskiego, o lekkim zabarwieniu "azjatyckim", fajne chórki o takiej soulowej, czarnej barwie, to nie śpiewa chyba Urszula, choć nikt na okładce nie jest wymieniony jako ekstra wokal.
"Always Ready" - rozpoczyna się ponad minutową zagrywką Urbaniaka na skrzypce aby przejść do mocnego basowego grania, perkusja robi po raz kolejny świetną robotę. Głos Urszuli Dudziak jest kolejnym bardzo ważnym "instrumentem" w tym utworze.
"Stray Sheep" - ostatni utwór na płycie na którym żegna się ze słuchaczem Namysłowski, ten utwór należy do niego. Pod koniec muzycy przechodzą do folkowego rytmu, urzekając nas raz po raz swoimi zagraniami.

Album został nagrany w Zurychu w międzynarodowym składzie:
Michał Urbaniak - violin, lyricon,
Urszula Dudziak - voice, percussion,
Zbigniew Namysłowski - alto sax, flute,
Kenny Kirkland - fender piano, poly-moog, mini-moog,
Tony Bunn - bass guitar,
Lurenda Featherstone - drums.
Utwory są kompozycjami Michała Urbaniaka oraz Zbigniewa Namysłowskiego.

Tak się zastanawiam narzekając na polskie tłoczenia, dlaczego ta płyta tak dobrze gra ?
Czy dlatego, że była nagrywana poza Polską (a więc nie polski realizator, studio itd.) ?
Ktoś  w centrali w Polsce zdecydował, OK na tej płycie nie "oszczędzamy".
Dlaczego polskie płyty tak słabo grają ? 
Ponieważ nie było w Polsce żadnego dobrego studia, realizatora ?
Może dlatego, że "taśma matka" nagrana w studio jest podłej jakości i przez to muzyka traci się całą moc ?
Wina tłoczni (mastering) oraz jakość płyty winylowej (z czego jest wykonana) ?

Jakie są wasze przemyślenia ?
Dlaczego polskie płyty winylowe tak słabo grają ?



czwartek, 30 stycznia 2014

Variete 1993.

Wczoraj na pewnym forum ktoś zalinkował koncerty Milesa Davisa, które odbyły się w 1983 i 1988 roku we Warszawie. Jak wszyscy wiemy okres ten był bardzo nowoczesny i mało jazzowy w stylu wielkiego trębacza.
To właśnie w tych latach ukazały się przecież "Star People", "Decoy", "Tutu" czy
"You're Under Arrest" jakże nie lubiane przez jazzowych wyjadaczy.
W moim przypadku jako, że jestem nowicjuszem w kwestii jazzu owe płyty bardzo podobają się.

Dzisiaj przesłuchałem polską grupę zimno-falową Variete i przyznam się, że tak "na świeżo", muzyka Polaków jest bardzo podobna do muzyki... Milesa Davisa z lat osiemdziesiątych.
Uprzedzając atak "jazzmanów", proszę o wybaczenie o tak niesforne porównanie.
Wybaczcie mi - jestem jazzowym neofitą a więc wolno mi się mylić nawet jeśli dotykam boga Milesa.
Proszę włączyć wyobraźnię.
Teraz.
Przesłuchajmy muzykę Variete, wyłączcie głos wokalisty, słyszycie już coś ?
Wysoko nastrojony klangujący bas, psychodeliczne gitarowe plamy, powiew klawiszy w tle.
Długie, monotonne tematy, wręcz jamming muzyków, pokazując nam raz po raz nowe przestrzenie.
Jeśli dodamy do tego wszystkiego trąbkę Andrzeja Przybylskiego otrzymujemy... .
Jak dla mnie Miles  lat osiemdziesiątych.
ps.
Płyta Variete została wydana przez Music Corner w 1993 roku.

niedziela, 26 stycznia 2014

EyeHateGod - Dopesick - Teoria Hałasu 7.

To już drugi raz kiedy EHG pojawia się na moim blogu. Znajduje się z tego samego powodu - TA SAMA muzyka.
Mój poprzedni wpis dotyczył ich pierwszej płyty "In The Name Of Suffering" wydanej w 1990 roku.
Album "Dopesick" został wydany w 1996 roku a więc sześć lat po brutalnym debiucie.
Muzyka nagrana ma dokładnie takie same schematy: wolne tempa, ciężkość, zabójcze przyśpieszenia, brutalne teksty. Przesłuchując wczoraj ten album stwierdziłem mimo, że grupa gra na tych samych "patentach" o dziwo  muzyka wcale nie jest wtórna, nudna czy słaba. Po prostu totalna konsekwencja obranej drogi ileś lat temu. Podziwiam za stałość i nie poddawaniu się modom czy nowym falom w ekstremalnej muzyce. Ja ze swojej obiecuję sobie, że muszę ich w końcu zobaczyć "na żywo" - już dwa razy ominęły ich koncerty.

piątek, 24 stycznia 2014

Nie Będę Wisiał Ukrzyżowany czyli Teoria Hałasu 6.

Dziś chciałbym przedstawić blogowiczom kolejną książkę w swojej kolekcji pt.
"Nie Będę Wisiał Ukrzyżowany. 30 lat punk rocka na Dolnym Śląsku, Ludzie, Teksty, Inspiracje, Kapele"
Książkę napisał Jakub Michalak a za wydanie odpowiedzialna jest Oficyna ATUT. 
Pozycja podzielona jest na sześć rozdziałów i każdy z nich dotyczy innego Dolnośląskiego miasta.
I tak rozdział pierwszy to:
Wrocław, Lata 1977-1985, rozdział drugi to Wałbrzych, lata 80-te i dalej Legnica, Jelenia Góra, znowu Wrocław, lata 1985-1989 , książka kończy się na latach 90-tych.
Pozycja zawiera mnóstwo wywiadów z czołowymi postaciami związanymi ze sceną punk a przecież było ich nie mało: Poerocks, Sedes, Generator, Skandal, Veto, Defekt Muzgó, Maria Nefeli,  Zielone Żabki, Fort BS, Stress.
W książce znajdziemy mnóstwo zdjęć, reprodukcji ulotek, gazet czy zinów a więc kolejna pozycja, która dokumentuje tamte burzliwe czasy.
Jak najbardziej rekomendacja.





wtorek, 21 stycznia 2014

Grunt To Bunt - Teoria Hałasu 5.

"Grunt To Bunt" to kolejna bardzo ważna pozycja, która ukazała się na naszym rynku wydawniczym. 
Książka została wydana w aż trzech opasłych tomach z bardzo dużą ilością zdjęć. Kilka setek osób zostało przepytanych na potrzebę wydania tej zacnej pozycji i jak widać po objętości książek rozmówcy rozwiązali swoje języki.
W ostatnich latach ukazało się dość sporo pozycji (a nawet kilka na DVD) na temat Jarocina czy muzyki rockowej z naciskiem na lata osiemdziesiąte, jednak jak widać ciągle jest dość spore zainteresowanie tym okresem w muzyce czy kulturze w ogóle.
Jak zwykle gorąca rekomendacja.










czwartek, 16 stycznia 2014

Castle Knight II - Teoria Hałasu 4.

Muzyka, muzyką, płyty płytami, lecz wiadomo aby słuchać HAŁASU trzeba mieć do tego sprzęt, najlepiej uznanych marek z górnej półki aby delektować się muzyką, jednak kogo stać aby wydać kilkadziesiąt tysięcy na sprzęt audio - tylko garstkę wybrańców.
Jeśli nie dysponujemy taką sumką, trzeba ostro przeszukiwać internet w celu znalezienia upragnionego sprzętu, który choć trochę mógłby zbliżyć nas do muzycznego raju...

Po miesiącu poszukiwań zwróciłem uwagę na angielską firmę Castle. 
Przeszperałem zachodni internet, fora, opinie "kultowych" gazet, nawiązałem miłą korespondencję na polskim forum audio.
Kolega forumowicz posiada Castle Knight III a więc większego brata Knight II, jednak mogłem na podstawie bardzo szczerego opisu forumowicza czy fotografii wyrobić sobie zdanie o tej serii czy też samej firmie.
Również opinie w internecie o tej manufakturze oraz samej serii Knight były więcej niż pochlebne a niektóre wręcz rewelacyjne, także stosunek jakości do ceny był wyraźnie podkreślany w wielu recenzjach.
I tak w wielkim skrócie mój wybór padł na "Anglików" z firmy Castle.
Firma Castle Acoustics została założona w 1973 roku w hrabstwie North Yorkshire a ich logo zastało zaczerpnięte z bardzo charakterystycznego kształtu zamku Skipton Castle.

Od kilku lat firma Castle jest częścią chińskiej grupy International Audio Group, która skupia inne kultowe angielskie firmy jak np. AudioLab czy Mission
Taki to znak czasu a i może zakończenie pewnej epoki dominacji europejskich czy amerykańskich firm audio.
Zanim przejdę do recenzji (to mój pierwszy opis sprzętu na blogu), chciałbym opisać trochę głośniki na których słuchałem muzykę do tej pory. 
Przez ostatnie 6 lat moimi głośnikami były duńskie Eltax Monitor III.
Te małe monitorki pochodzące z zasłużonej marki nieraz pokazały swoje waleczne serce lecz przyszedł czas aby przeskoczyć kilka schodków do góry na drabince do nirwany.
Głośniki są bardzo solidnie zbudowane z wbudowanym bass reflexem na dnie kolumny.
Monitory można również podłączyć sposobem "bi-wiring" co może pomóc użytkownikom wycisnąć z monitorów jak najwięcej.
Przyznam się, że miałem chwilę wątpliwości w sens "upgrade" kolumn jak rozłożyłem Eltaxy według sztuki - znowu urzekły mnie swoim brzmieniem. 
Jednak klamka zapadła, tydzień później Castle przyjechały do domu. 
Ciężko było też czekać ponieważ na pewnym portalu aukcyjnym pojawiły się na wyprzedaży w obniżonej cenie aż o 50%  !.

No to zaczynamy.
Kolumny przyjechały w bardzo grubym kartonie z w montowanymi w środku stabilizującymi piankami aby nie uległy uszkodzeniu, ruszaniu się podczas transportu, wszystko bardzo pewnie ułożone i pomyślane, spełniło swoje zadanie w 100%.



Jak widać na zdjęciach każda z kolumn jest zapakowana w specjalny worek. Nie wiem jakie zadanie mają te worki, może ochrona przed kurzem, może przed przypadkowym zarysowaniem czy odciskami palców, mi bynajmniej podczas wyciągania kolumny z worka jeden z nich uległ rozdarciu. 
Oczywiście do zestawu dołączona jest kilku stronicowa instrukcja obsługi.


Kilka minut później i jedna z kolumn ląduje na biurku aby pokazać swój urok oraz...wagę, jedna kolumna waży około 8 kilogramów. 
Aby nie odcisnąć swoich rąk na głośnikach czy pobrudzić do zestawu dołączona jest... para rękawiczek.


A dlaczego rękawiczki ?
Jak podaje producent, zrobienie okleiny na kolumnach zajmuje aż 5 dni.
Na ile w tym prawdy a ile marketingu to już wiedzą sami twórcy.
Ciężko uwierzyć aby pracownik spędzał aż 5 dni nad fornirem kolumny. 
To są Chiny, nie ma czasu na sentymenty - liczą się słupki sprzedaży, nie ma czasu na angielskie sentymenty. 
No ale dobra niech im będzie.
Wierzymy im.
To prawda, naturalne okleiny są po prostu przepiękne. Na rynku można dostać Castle Knight aż w 8 kolorach, mój kolor to mahoń.

Oczywiście po chwili ściągnąłem "grila" aby zobaczyć serce kolumn.  Pod maską pojawiły się dwa głośniki: wysokotonowy  oraz niskotonowy, który ma membranę z celulozy. Wszystko dość ładnie osadzone z wielką gracją.
Głośnik niskotonowy ma wielkość 15 centymetrów jeśli dodamy kosz to otrzymamy 18 centymetrów "pulsującego serca" kolumny. Głośnik wysoko tonowy ma membranę kopułowo-pierścieniową.
Sporym minusem jest brak dodanych do kompletu "kolców", które trzeba dokupić na własny to koszt a to wydatek minimum 100 PLN za 8 sztuk.



Żeby nie słodzić za dużo, po obróceniu jednej z kolumn moją uwagę przykuło kilka skaz, które szczerze mnie zdenerwowały.
1. Od razu zwróciłem uwagę na złe wręcz fatalne umocowanie bass reflexu, po prostu kolega źle wyfrezował otwór pod niego, robiąc sporą zadrę, którą pokryto farbą aby nie rzucało się zbytnio w oczy.




2. Druga nie mniej bulwersująca sprawa to port pod kable. Kilka rysek oraz brak plastykowej zaślepki w jednym z portów - no to teraz się już zagotowałem, za dużo tego. Czyżbym kupił ex-demo ?
Jednak specjalnie podczas rozpakowywania kolumn zwróciłem uwagę czy nie ma żadnych śladów palców czy znaków użytkowania, nic takiego nie było, kolumny były "czyste".
A więc skąd się wzięły te wady ?







Oczywiście napisałem email do sprzedającego, otrzymałem szybką odpowiedź, że to musiało się stać podczas wewnętrznej kontroli jakości w firmie Castle, on jako hurtownik nie otwierał tego kartonu. Jednak nie daję za wygraną i cisnę dalej sprzedającego, że to nie możliwe aby pod czas kontroli jakości pracownicy porysowali kolumnę i zgubili zaślepkę !.
Gdzie tu jest sens aby podczas kontroli jakości wewnątrz firmy psuć jakość produktu ?
Nie możliwe aby kolumna upadła (teoretycznie) zarysowując tylną ściankę.
Nie ma to sensu !
Dziwna sprawa, sprzedający ma ponad 7000 komentarzy i tylko 2 negatywy, które spokojnie mogłyby być neutralne lub pozytywne jeśli kupujący okazałby dobrą wolę.
Kto ma rację ?
Sprzedający (jest godny zaufania) czy ja jako kupujący ?
Przyznam się nie mam pomysłu jak zakończyć tą sprawę.
Całe szczęście, że wady są z tyłu JEDNEJ KOLUMNY i dotyczą tylko wyglądu a nie elektroniki czy też membran głośników.
Trochę się obawiałem podłączyć kolumny do systemu, jednak ciekawość wygrała, zagrały pięknie.
Już po kilku minutach słuchania zostałem całkowicie przekonany do nowego nabytku w porównaniu do Eltaxów  - postęp ogromny.
Żadne wygrzewanie, żadne okablowanie, tylko słuchanie dobrej muzyki urzekło mnie bez reszty.
Na koniec wstawię kilka fotek kolumn w całej okazałości.









sobota, 21 grudnia 2013

22 Jazz Funk Greats - Teoria Hałasu 3.

Throbbing Gristle - grupa założona w latach 70-tych, pionierzy industrialnego hałasu.
Muzycy, aktorzy porno, performerzy, dizajnerzy, podróżnicy po zakazanych rejonach ludzkiej duszy i ciała.
Grupa instytucja.
Na grupę natrafiłem jakoś w latach 90-tych, w najlepszym polskim zine "Zygoma".
Był tam artykuł poświęcony T.G. z dość obszerną historią i kilkoma fotami. Jednak jak to w czasach pre-internetowych muzykę T.G. a do tego mieszkając w Polsce było bardzo trudno zdobyć czy znaleźć.
Tak, tak panie Wiktorze Skok zrobiłeś pan najlepszego polskiego zine w historii.
Kilka lat temu wpadła mi w ręce książka z serii 33 1/3 napisana przez Drew Daniela pod tytułem 
"22 Jazz Funk Greats". Oczywiście tytuł nawiązuje do bodaj najbardziej znanej płyty industrialnych pionierów wydanej pierwotnie w 1979 roku.
Kilka słów o samym autorze, Drew Daniel jest uniwersyteckim nauczycielem w Baltimore, również jest zaangażowany w tworzenie muzyki a dokładniej jest "połową" grupy Matmos.
Książka podzielona jest na  rozdziały a każdy jest odpowiedzialny za wybrany utwór, który ukazał się na płycie. Autor stara się "wejść" w skórę muzyków bardzo dokładnie przepytując ich ze swoich przemyśleń czy uwag. Przyznam się, że przeszkadza mi trochę maniera pisania autora, który używa dość zaawansowanej angielszczyzny (uniwersytecki nauczyciel) także momentami się bardzo ciężko czyta, tym bardziej, że autor czasami za bardzo filozofuje i odjeżdża w sobie tylko zrozumiane rejony.
Jednak mnie jako fana T.G. najbardziej zainteresowały wywiady z samymi muzykami, które czyta się dość łatwo. Czasami wyjaśnienie czegoś co wydaje się autorowi bardzo skomplikowane z ust muzyków jest banalnie proste.



Z Serii "33 1/3" ukazało się około 20 pozycji, które opisują różne płyty rockowe, które ukazały się na przestrzeni ostatnich 40 lat.

czwartek, 19 grudnia 2013

A Holocaust In Your Head - Teoria Hałasu 2.

Kolejni moi bogowie z lat 90-tych - Extreme Noise Terror.
"A Holocaust In Your Head" została nagrana w 1988 roku a wydana w kolejnym roku przez Head Eruption Records.
Nawiązując do Napalm Death, ten album jest przejawem jaki spowodowało wydanie "Scum", pankowcy po prostu przestali zważać na tempo i ostro przygrzali do przodu.
Jednak w przypadku E.N.T mamy tutaj pankowy łomot w stylu Chaos U.K., Disorder czy Exploited z tym, że muzycy i wokaliści przejęli stylistykę zarezerwowaną dotąd dla kapel metalowych. 
Wokale to typowy grind/metalowy growling z fajnymi dwoma różnymi manierami śpiewania, który dodaje tylko "powera" utworom, gitary dostały więcej przesteru, ciężkości jak i szybkości.
Kawałki tak jak w przypadku Napalm Death, zahaczają o tematy społeczno-polityczne, wyzysk Ziemi, prawa zwierząt czyli te tematy, które uwielbia "scena".
Muzycy swoją "hałaśliwą stylistyką" sporo namieszali na pankowej mapie na początku istnienia, wydali w 1986 roku split z bogami z Chaos U.K. a kilka lat później zagrali na wigilijnej edycji The Tops Of The Pops z KLF
Niestety nie mogę znaleźć na youtube, filmiku z tego wydarzenia także wrzucę video z oryginalną muzyką.
Właśnie słucham "A Holocaust In Your Head" - płyta nadal robi hałas.


środa, 18 grudnia 2013

Scum - Teoria Hałasu 1.

Na początku lat 90-tych, moi osobiści bogowie grindcore, punka, metalu (nie potrzebne skreślić), z czasem odstawiani na bok aby zgubić ich na początku lat 2000-ych.
Płyta wydana w 1987 roku w zasłużonej wytwórni Earache o numerze katalogowym MOSH 3, na której znajdziemy 28 kawałków w morderczych tempach. Utwór "You Suffer" jest oficjalnie zarejestrowanym przez ksiegę rekordów Guinnesa jako najkrótszy.
To właśnie "Scum" jest uważany za pierwszy grindcore'owy album w historii muzyki rockowej. To właśnie na tej płycie w "metalowej" stylistyce został przedstawiony nam świat pełen syfu jaki nas otacza.
Wszechobecne wielkie korporacje, które wyzyskują Ziemię i ludzi bez litości, kontrola społeczeństwa, głód, wojny, zbrojenia, zresztą szybki rzut oka na okładkę zaprojektowaną przez Billa Steera, obrazuje nam ponury obraz w jakiej kondycji jest człowiek.
Jako ciekawostkę można dodać, że płyta została nagrana w Rich Bich Studio w Birmingham, sesja kosztowała 50 funtów i miała być "splitem" z formacją Atavastic.
Płyta z perspektywy czasu wydaje się pełna hałasu i wtórna jednak biorąc w obronę "Scum" ciągle jest w samej szpicy jeśli chodzi o wszelkie "plebiscyty" na temat muzyki metalowej czy grindcore. Również trzeba zauważyć, że ten album wypromował wielkich muzyków:
Bill Steer - gitarzysta na "Scum", później czołowy muzyk kultowego Carcass.
Nik Bullen - wokalista na "Scum",  przez pewien czas członek Scorn (kiedyś pewnie na blogu), gdzie wydał z Harrisem 3 albumy dla Earache, współpraca z Billem Laswellem.
Justin Broadrick - gitary i wokal na "Scum", później kultowy Godflesh, Fall Of Because, Head Of David, Techno Animal, Jesu, założyciel wytwórni Avalanche.
Mick Harris - perkusja, później setki (!!!) różnych projektów z najważniejszymi dla mnie na czele: Scorn, Lull.
Lee Dorian - vocal, później Cathedral, Probot.
Przyznam się, że przez jakiś czas nie mogłem słuchać tego albumu, który wydawał mi się po prostu...nudny, jednak dzisiaj na potrzeby blogu przesłuchałem ten album kilka razy i się znowu miło upajałem hałasem. Uważam również, że późniejsze albumy Napalm Death są zdecydowanie lepsze od "Scum" - to taki zapis czasu muzyków jaki i mojego.


czwartek, 14 listopada 2013

1001 Płyt Muzycznych Wszech Czasów a sprawa Polska

Jakoś naszło mnie aby opisać kolejną książkę w swojej kolekcji a nie tak dawno "świętowaliśmy" 
Dzień Niepodległości wywalczony przez naszych dziadów, mój wybór padł na ogromniasty album-książkę 
"1001 Albums You Must Hear Before You Die".
Dlaczego akurat ta książka i co ma wspólnego z Polską i Dniem Niepodległości ?
Poniżej postaram się wyjaśnić moje przemyślenia.
Na okładce napisane jest, że pozycja została napisana przez 90 (!) czołowych, międzynarodowych krytyków muzycznych. Książka zaczyna się od lat 50-tych albumem Franka Sinatry z 1955 roku "In The Wee  Small Hours" a kończy w 2005 roku albumem White Stripes "Get Behind Me Satan". Tak jak napisałem powyżej recenzje napisało 90 krytyków muzycznych, Polskę reprezentuje Agnieszka Wojtowicz-Jach. Pani Agnieszka pracowała jako dyrektor promocji dla wytwórni Warner Music Poland, pracowała również dla EMI Poland a także dla firmy PR oraz jako wolny dziennikarz.
Przyznam się szczerze nie znam pani Agnieszki z recenzji w fachowej prasie muzycznej, jeśli coś przegapiłem to proszę blogowiczów o pomoc i komentarz.
Książkę kupiła mi dziewczyna kilka lat temu a więc zdążyłem ją "przewertować" dość dobrze, jest fajnie wydana, kredowy papier, zdjęcia okładek płyt oraz co ważniejszych muzyków.
Oczywiście zaraz po zakupie zacząłem szukać polskich artystów i ... nie znalazłem NIKOGO.
Co jest do cholery, czyżby pośród 1000 płyt nie było polskiego akcentu ?
Ano NIE MA !!!
Zacząłem szukać oczywiście od "polskich petard" takich jak Krzysztof Komeda, Tomasz Stańko, Vader, 
Michał Urbaniak, Zbigniew Seifert, Adam Makowicz, coś z serii "Polish Jazz".
Index milczy - nie ma żadnych polskich nazwisk czy haseł.
Może coś przegapiłem ?
Nie chcę umniejszać muzykom ale znajdziemy w książce albumy z Ameryki Południowej, Afryki, Azji. 
Czyżby Polska nic nie stworzyła?
Żadnego godnego dzieła, który można pokazać przed całym światem ?
Każdy fan muzyki wie, że to nie prawda, choć...
Tak na marginesie, gdy powiedziałem o tym Carlosowi, tylko "szatańsko" się uśmiechnął.
Dopiero później natrafiłem w książce na polską gwiazdę muzycznej krytyki panią Agnieszkę.
Czyżby pani Agnieszka nie znała żadnej ciekawej, godnej polecenia całemu światu polskiej muzyki ?
Nie oglądała nigdy "Nóż W Wodzie"? Z genialną muzyką Komedy, naszym romantycznym kompozytorem, 
który wypchnął polski jazz na szerokie wody.
A może nie widziała "Cul-De-Sac" czy "Dziecko Rosemary's" ?
No zapewne nie widziała, jeśli się pracuje dla Warner czy EMI to się nie ma czasu na polską muzykę, nie ma się czasu aby poznać CAŁY WACHLARZ dobrej muzyki, która nas otacza. 
Zapewne pani Agnieszka słuchała za dużo RMF-u czy innej ESKI.

Tomasz Stańko - otoczony absolutnym kultem w Polsce, jeden z najlepszych trębaczy świata,
"Music For K", "Purple Sun", płyty z Vesalą, płyta nagrana w Taj Mahal, "Balladyna", ostatnie płyty dla kultowego ECM-u.
Mało ?
Zbigniew Seifert to skrzypek, który zdystansował ...innego polskiego wirtuoza skrzypiec Michała Urbaniaka w późnych latach 70-ych. "Man Of The Light", "Passion", "Kilimanjaro" to płyty, które pokochały tysiące słuchaczy na całym świecie.
Trochę zahaczę o swój ogródek a mianowicie - polski punk. W rozmowach z ludźmi z całego świata, czytając artykuły, wiele osób bardzo sobie ceni polski punk, który był bardzo wyjątkowy na tle innych krajów z obozu socjalistycznego, który zachwycał swoją różnorodnością, ilością ludzi z "Zachodu".
"Czarna płyta" Brygady Kryzys, Dezerter, Siekiera "Nowa Aleksandria" (ja wiem Killing Joke), zimno falowe wypusty Madame, Aya RL. 
Jeśli nie podoba się naszej miłej pani muzyka punk, mogła przecież jako ciekawostkę opisać w jakiej rzeczywistości grały polskie grupy punkowe. Codzienne utarczki z cenzurą, milicją, 
chroniczny brak instrumentów czy miejsc do grania.
"Czarna Płyta" Brygady Kryzys została przecież nagrana podczas stanu wojennego, gdzie muzycy mieli specjalne przepustki, które pozwalały poruszać się po mieście po godzinie milicyjnej. 
Płyta "z pałacem" Brygady Kryzys, wywieziona na "Zachód" i tam wydana, obrazuje nam tamten okres w Polsce.
Dezerter "Kolaboracja" - na tej płycie można usłyszeć ingerencję cenzury a i okładka niesie ze sobą ogromny "power".
Kobong w 1995 roku grał jak nikt inny na świecie, ludzie do tej pory się dziwią, że to jest polski zespół.
Falarek Band - czysta improwizacyjna jazda bez trzymanki.
Płyta Vader wydana dla angielskiego Earache, która jest do tej pory stawiana w pierwszym rzędzie płyt death metalowych ?
Ach zapomniałem pani słucha tylko RMF-u !
A może to nie jest naszej koleżanki wina ?
Może książka powinna mieć tytuł:"950 Anglo-Saxons Albums You Must Hear Before You Die" ?.
Całkiem możliwe, kultura "Zachodu" całkowicie zdominowała nas, także i muzykę, 
może pani Agnieszka się poddała już tej fali ?
Ja się nie poddam słucham właśnie Tomasza Stańkę "Suspended Night" z polskim silnikiem.
Zapraszam do komentowania.


wtorek, 12 listopada 2013

Komeda na urodziny

Komeda -  Księżycowy Chłopiec.
Od kochanej dziewczyny  dostałem dziś na urodziny książkę o naszym kultowym muzyku Krzysztofie Komedzie-Trzcińskim.
Pozycja jest schludnie wydana, kredowa obwoluta, gruba oprawa, mnóstwo fotografii.
Po raz kolejny otrzymuję pozycję obowiązkową w każdej bibliotece fana muzyki.
Nie przeczytałem oczywiście jeszcze tej książki lecz widać, że jest napisana przez Emilię Baturę w miarę chronologicznie, okraszona licznymi fotografiami jak wspomniałem powyżej. Książka jest podzielona na wiele rozdziałów, które prowadzą nas przez życie wielkiego kompozytora, który odszedł od nas o wiele, wiele lat za wcześnie.