niedziela, 6 kwietnia 2014

Edward Vesala - Satu

Tomasz Szukalski, Tomasz Stańko, Terje Rypdal na jednej płycie pod wodzą szalonego Fina Edwarda Vesali!.
Płyta została nagrana w "Talent Studio" w październiku 1976 pod wodzą Manfreda Eichera.
Utwór otwiera bardzo romantyczno-rozmazany utwór "Satu" gdzie muzycy pokazują swoje umiejętności. Motywem przewodnim tego utworu jest klarnet, który świetnie pasuje do konwencji tej kompozycji.
Drugi utwór to "Ballada For San", który zaczyna się świetnym tematem Tomasza Szukalskiego. 
Mniej więcej w połowie utworu zaczyna się kolejny część na trąbkę oraz gitarę aby pod sam koniec przejść znowu do saksofonu, który urzeka nas swoją grą.
"Star Flight" ten utwór to popis pary Rypdal-Vesala. Rypdal gra dość spokojnie na gitarze a Vesala wybija równe, szybkie tempa. Pod koniec utworu pojawia się Tomasz Stańko, świetne zmiany nastroju oraz aranżacji to motywy przewodnie tej kompozycji.
"Komba" to utwór, który już był opisany wcześniej na moim blogu (Live At Remont), tutaj mamy studyjną wersję gdzie Rypdal ma swój znaczny wpływ na rozwój całej kompozycji.
"Together" tutaj znowu utwór rozpoczyna klarnet, który prowadzi nas przez cały utwór. 
Utwór ma jakby za zadanie nas uśpić czy też wyciszyć, przygotować do pożegnania.
Płyta ma świetnie przemyślane ułożenie utworów: jest początek, rozwinięcie motywu jak i zakończenie, gdzie wszystko układa się w kompletną powieść.

Płyta została wydana przez kultowy ECM, może być spokojnie naszą płytą referencyjną w naszej płytotece, dynamika, przestrzeń oraz wzorowa realizacja to jak zwykle w przypadku Eichera mocne punkty a i samo "Talent Studio" jest uznaną marką samą w sobie i gwarancją świetnego brzmienia.

Płyta została nagrana w następującym składzie:

Edward Vesala- drums
Tomasz Stańko-trumpet
Palle Mikkelborg-trumpet
Juhani Aaltonen-saxophone
Tomasz Szukalski-saxophone
Knut Riisnaes-saxophone
Rolf Malm-bass clarinet
Torbjørn Sunde-trombone
Terje Rypdal-guitar
Palle Danielsson-double-bass

 


poniedziałek, 24 marca 2014

Biografia Kraftwerk(u)

To już kolejna książka, która trafia na mój blog - tym razem biografia jednego z moich ulubionych zespołów: KRAFTWERK.
Mój opis będzie ultra fanatyczno-osobisto-nieobiektywny a więc nie bierzcie go sobie zbytnio do serca i potraktujcie z przymrużeniem oka aczkolwiek z pewną dozą prawdy.
Biografię "Kraftwerk Publikation" bo taka jest pełna nazwa napisał anglik David Buckley, wykładowca uniwersytecki, dziennikarz muzyczny, wsławił się bodaj najlepszą biografią Davida Bowie 
(info z obwoluty książki).
Wstęp napisał były członek grupy Karl Bartos, a przedmowę autor, który gdzieś zjeżdża na swoje osobisto-angielski temat, to na minus.
Książka posiada pomarańczową (!) okładkę z "prostą" grafiką elektrowni, o którą podobno zabiegają już ludzie aby wykorzystywać ten motyw na koszulki czy inne gadżety.
Ja napiszę tak: okładka jest chujowa i cały ten dizajn elektrowni jest do dupy - nie wiem jak można zabiegać o takie badziewie.







Fajna, gruba okładka książki z miłym w dotyku papierem, z dodanymi kilkunastoma kolorowymi zdjęciami to na duży plus.
Co mnie raziło najbardziej w tej pozycji to to, że tłumacz odmieniał nazwę Kraftwerk, tak nagminnie, że aż głośno przeklinałem czytając takie potworki językowe:
" Owszem czerpali z dorobku Kraftwerku, ale przede wszystkim..."
" Byli jednak i tacy, który  wzorowanie się na Kraftwerku potraktowali dosłowniej..."
" A zatem manekiny były w istocie awatarami Kraftwerku..."
" Drogi Karlu, piszę książkę o Kraftwerku..."
Dla mnie jako ekstremalnego fana grupy Kraftwerk takie kwiatki językowe dyskwalifikują książkę już na samym starcie.
Książka jest podzielona na kilkanaście rozdziałów, które ozdobione są quasi industrialnymi grafikami, które są ultra brzydkie i niby mają oddawać ducha grupy czy czasów ale nic z tego panie Buckley!





Pozycja jest napisana oczywiście chronologicznie a więc od zamierzchłych lat sześćdziesiątych poprzez kultowe lata siedemdziesiąte, kolarskie lata osiemdziesiąte, "stagnację" lat dziewięćdziesiątych, po czas obecny.
Jak się fani domyślają Buckley dotarł "tylko" do Bartosa oraz Flura a więc miał dość ograniczone pole widzenia przez co pod sam koniec książki ma dość znaczące wagę - zamienia się w pewnego rodzaju oskarżenie przeciwko pozostałym dwóm "podstawowym" członkom grupy.
Pojawiają się despotyzm oraz spore ilości pieniędzy, dość wybuchowa mieszanka jak na jedną książkę o grupie, która unika sławy i błysku fleszy jak ognia.
Książka kończy się w dość smutnym okolicznościach;
Schneider odchodzi, zostaje sam Hutter ze swoimi prywatnymi robotami, które grają tak jak on zechce a w tle zawiść, zazdrość i niechęć byłych członków grupy.
Jak to odebrać ?
Ja jako fanatyczny wielbiciel grupy nie skomentuję tego tak jak panowie ze Studia Kling-Klang.
Mi osobiście nie podoba się biografia Kraftwerku (SIC!) napisana przez pana Buckley'a, autor za często zjeżdża w pisarstwo znane z tabloidów takich jak The Sun czy Daily Mirror, szukając na siłę sensacji czy też posypując solą na gojącą się ranę czasu, nie pozwalając muzykom zapomnieć o zamierzchłych latach o których nawet nie mamy pojęcia.

Znacie angielski zespół Komputer?
Jeśli tak, to właśnie dokładnie tak "brzmi" ta książka!



 

piątek, 7 marca 2014

Zbigniew Namysłowski - Air Condition

Mój poprzedni wpis dotyczył jak nowe techniki remasteringu niszczą brzmienie muzyki, które zostały nagrane w starych dobrych analogowych czasach.  Jako aby nie być zbytnio stronniczym, że tylko loudness war jest "be", chciałbym napisać kilka zdań o płycie Zbigniewa Namysłowskiego - Air Condition, wydanej przez firmę ANEX na płycie kompaktowej.

Pierwotnie płyta została wydana "na czarnym krążku" w 1981 roku przez Polskie Stowarzyszenie Jazzowe Poljazz z serii "Biały Kruk Czarnego Krążka". 
W 1982 roku została wydana reedycja w Wielkiej Brytanii w firmie Affinty, specjalizującej się w wydawnictwach jazzowych.
Płyta składa się z siedmiu kompozycji a została nagrana w składzie:
Zbigniew Namysłowski - saksofony: altowy i sopranowy.
Władysław Sendecki - klawisze
Krzysztof Ścierański - gitara basowa
Dariusz Kozakiewicz - gitara
Andrzej Mrowiec - perkusja
Jerzy Tański - instrumenty perusyjne
Wojciech Kowalewski - perkusja

Już sam skład mówi nam jaka będzie mniej więcej muzyka oczywiście fusion i okolice.
Lecz nie będę pisał dziś o muzyce (uffff) lecz o ... brzmieniu tej płyty kompaktowej. 
Płytka zaczyna się dynamicznym utworem Speed Limit. Nie spodziewałem się jakiś tam fajerwerków brzmieniowych, płytka zagrała takim typowym polskim brzmieniem, jak ja to nazywam "gra mułem".
Ok, niech tak sobie gra, nie ma problemu, nawet to czasami  ma swój urok.
Schody zaczęły się jak płyta dochodziła co raz bardziej do swojego środka - porównując z adapterem do "szpindla".
Spadała dynamika i pojawiły się sybilanty !
Zaraz, zaraz przecież słuchamy płyty CD a nie pełnej wad płyty analogowej.
Przy czwartym utworze "Ladderman" byłem już w totalno-tonalnym szoku.
Płyta CD grała jak płyta analogowa, każdy wie, że im bliżej środka płyty jest igła gramofonu tym bardziej spada dynamika nagrania a przy źle ustawionej i "zajechanej" wkładce pojawiają się nieznośnie sybilanty.
Pod koniec tegoż utworu brzmienie było już tak tragiczne i jeszcze na domiar złego jakby dolepił się jeszcze zlepek kurzu do tipu igły gramofonowej - tego nie można było już słuchać!
Igła z ledwością czytała zapis z rowka.
Dla potwierdzenia  moich przypuszczeń dodam, że ten utwór na wydaniu Poljazzu jest ostatnim, czwartym utworem na stronie A.
Dynamika utworu totalnie siadła, zobaczcie print screena z foobara2000, po lewej pierwszy utwór po prawej "Ladderman".

Szok.

Czyżby naszą "taśmą matką" dla płyty CD był dźwięk nagrany z płyty winylowej, zgranej na bardzo słabym gramofonie a na dodatek słabej, źle ustawionej wkładce ?
A może cały proces został zepsuty w tłoczni płyt CD ?
Płyta została od samego początku źle nagrana ?

Ja mam pytanie do blogowiczów: jak brzmią inne wydania tej płyty, szczególnie chodzi mi o analog.
Również grają tak słabo gra jak moja wersja CD ?

Jakie są wasze domysły ?
Czekam na komentarze.


środa, 26 lutego 2014

Klaus mit Foch wersja CD.

W końcu jest !!!
Nareszcie jest na moim pokładzie jedna z najważniejszych polskich płyt rockowych lat osiemdziesiątych wydana na formacie CD.
Album został wydany przez oficynę RitaBaum w 2012 roku.
Troszkę się obawiałem, że nie uda mi się dostać tej płyty (dość mały nakład, podobno 300 sztuk) lecz szybkie "przejście przez internety", kilka kliknięć i płyta ląduje w moim odtwarzaczu.


Klaus mit Foch - to pozostałość po odejściu czołowego muzyka z grupy, oczywiście Lecha Janerki.
Zapewne nikt nie przypuszczał, że po odejściu Lecha muzycy nagrają tak rewelacyjny album. 
To kolejny płyta, który udowadnia, że polska muzyka miała kiedyś bardzo wysoki poziom, mimo stałego braku sprzętu, pieniędzy, dobrego studia. Liczył się talent i dobre chęci.
Płyta została nagrana w składzie:
Jacek Fedorowicz - bas, głos
Zbigniew "Golden" Kapturski - głos, gitara, skrzypce
Wiesław Mrozik - gitara, Yamaha DX7, głos
Marek Puchała - perkusja, głos.

Digipack jest fajnie wydany, gruby laminowany papier rozkłada się na trzy części. Do płyty dodana jest skromna wkładka z tekstem a szkoda przy tak długo oczekiwanej płycie można było się wysilić o coś lepszego. Dodać więcej fotografii, ciekawostek, gratka dla fanów murowana.


 
Nowe wydanie dostało odświeżoną szatę, na oryginalną grafikę została nałożona "siateczka", u góry okładki "solniczka" jest inna niż na wydaniu winylowym, przedmioty na okładce dostały nowe życie (na wysoki połysk), wiadomo fotoszop ostro poszedł. 
Zmieniony został również delikatnie cały układ stylistyczny okładki.










Już pierwsze utwory ukazały mi motywy, których nie słyszałem na wydaniu winylowym.
Jednak moja euforia szybko przerodziła się w obawy. Czyżby...
Pomyślałem sobie "nie ma bata ktoś przekręcił ostro gałki w prawo podczas masteringu".
Po przesłuchaniu na odtwarzaczu cd szybko wrzuciłem do komputera aby zobaczyć jak ta muzyka "wygląda".
Takie otrzymałem obrazy.






Przycięte wierzchołki nie świadczą dobrze, otrzymaliśmy nieco "z normalizowaną" wersję naszego albumu. A więc "loudness war" trzyma się dobrze!
Muzyka otrzymała potężne (głośne) brzmienie, które nie jest nam obce od lat co najmniej piętnastu. Realizator odrobinkę przesadził z "dobrodziejstwem" nowych sztuk nagraniowych.
Jednak nie obawiajcie się, nie jest aż tak źle ale uważam, że dźwiękowiec mógł troszeczkę zachować oryginalne brzmienie i spuścić z tonu. Bas jest potężny i dominuje nad całym dźwiękiem, po kilku minutach zaczyna nieco męczyć. Wysokie tony, talerze zostały nieco zmiażdżone, muszę to koniecznie porównać z wydaniem winylowym. Właśnie słucham już trzeci raz tego wydania i co raz bardziej coś mi nie pasuje w tych wysokich rejestrach. Proszę przesłuchajcie sami i piszcie czy macie takie same odczucia.

No cóż, kolejna ważna pozycja, która ukazała się na cd zasypując kanał wstydu polskiej fonografii.
W wypadku Klausa Mit Focha płyta została wydana po... 24 latach od wydania wersji winylowej!
Ile jeszcze pozostało takich pozycji na polskim rynku muzycznym ?
Setki? Tysiące?
My jako fani muzyki czekamy na kolejne ciekawe płyty.

ps.
Realizatorzy gałki w LEWO.




środa, 19 lutego 2014

Michał Urbaniak - Urbaniak. Polskie płyty winylowe też ładnie grają.

Narzekamy na polskie tłoczenia, że bardzo słabo brzmią, nie ma w nich polotu i życia.
Niestety jest to prawda, że większość rodzimych wydań nawet nie osiąga 50% jakości brzmienia jakie mają płyty wydane na tzw. Zachodzie, Japonii czy USA.
Żeby się o tym łatwo przekonać porównajcie sobie jakąś płytę z serii Polish Jazz do wydawnictw wytwórni ECM. 
Jest to ogromna przepaść, polskie płyty przegrywają w każdym aspekcie jeśli chodzi o brzmienie, dynamikę itp. rzeczy.

Aby nie popadać w zbytnie polskie skrajności chciałbym przedstawić dobre polskie tłoczenie a jest nią płyta  Michała Urbaniaka wydana przez Tonpress w 1977 roku (SX 1837).

Płytę otwiera super przebojowy "Tie Breaker".
Utwór poświęcony Wojciechowu Fibakowi, który w tym czasie święcił swoje tryumfy jako tenisista.
Przyznam się, że zrobiłem wielkie "UUUUUUUUUUUUUU" będąc pod wrażeniem dźwięków jakie dochodziły do mnie. Doznałem małego szoku.
Kolejny utwór to Strife, rozpoczyna się świetnym funkującym basem, który jest szkieletem całego utworu, podporządkowując sobie całą kompozycję "pod siebie".
"Mountaineers" - nie wiem czemu kojarzy mi się momentami, że są tam przemycone nutki polskiego folkloru, Namysłowski robi świetną robotę, perkusja wygrywa stałe monotonne tempo.
"Weird Creatures" - po raz kolejny rozpoczyna bas, moog urozmaica swoimi paternami utwór, ścisła światowa czołówka z mistrzowską solówką Urbaniaka.
"Jasmine Lady" - to oczywiście kompozycja Namysłowskiego, o lekkim zabarwieniu "azjatyckim", fajne chórki o takiej soulowej, czarnej barwie, to nie śpiewa chyba Urszula, choć nikt na okładce nie jest wymieniony jako ekstra wokal.
"Always Ready" - rozpoczyna się ponad minutową zagrywką Urbaniaka na skrzypce aby przejść do mocnego basowego grania, perkusja robi po raz kolejny świetną robotę. Głos Urszuli Dudziak jest kolejnym bardzo ważnym "instrumentem" w tym utworze.
"Stray Sheep" - ostatni utwór na płycie na którym żegna się ze słuchaczem Namysłowski, ten utwór należy do niego. Pod koniec muzycy przechodzą do folkowego rytmu, urzekając nas raz po raz swoimi zagraniami.

Album został nagrany w Zurychu w międzynarodowym składzie:
Michał Urbaniak - violin, lyricon,
Urszula Dudziak - voice, percussion,
Zbigniew Namysłowski - alto sax, flute,
Kenny Kirkland - fender piano, poly-moog, mini-moog,
Tony Bunn - bass guitar,
Lurenda Featherstone - drums.
Utwory są kompozycjami Michała Urbaniaka oraz Zbigniewa Namysłowskiego.

Tak się zastanawiam narzekając na polskie tłoczenia, dlaczego ta płyta tak dobrze gra ?
Czy dlatego, że była nagrywana poza Polską (a więc nie polski realizator, studio itd.) ?
Ktoś  w centrali w Polsce zdecydował, OK na tej płycie nie "oszczędzamy".
Dlaczego polskie płyty tak słabo grają ? 
Ponieważ nie było w Polsce żadnego dobrego studia, realizatora ?
Może dlatego, że "taśma matka" nagrana w studio jest podłej jakości i przez to muzyka traci się całą moc ?
Wina tłoczni (mastering) oraz jakość płyty winylowej (z czego jest wykonana) ?

Jakie są wasze przemyślenia ?
Dlaczego polskie płyty winylowe tak słabo grają ?



czwartek, 30 stycznia 2014

Variete 1993.

Wczoraj na pewnym forum ktoś zalinkował koncerty Milesa Davisa, które odbyły się w 1983 i 1988 roku we Warszawie. Jak wszyscy wiemy okres ten był bardzo nowoczesny i mało jazzowy w stylu wielkiego trębacza.
To właśnie w tych latach ukazały się przecież "Star People", "Decoy", "Tutu" czy
"You're Under Arrest" jakże nie lubiane przez jazzowych wyjadaczy.
W moim przypadku jako, że jestem nowicjuszem w kwestii jazzu owe płyty bardzo podobają się.

Dzisiaj przesłuchałem polską grupę zimno-falową Variete i przyznam się, że tak "na świeżo", muzyka Polaków jest bardzo podobna do muzyki... Milesa Davisa z lat osiemdziesiątych.
Uprzedzając atak "jazzmanów", proszę o wybaczenie o tak niesforne porównanie.
Wybaczcie mi - jestem jazzowym neofitą a więc wolno mi się mylić nawet jeśli dotykam boga Milesa.
Proszę włączyć wyobraźnię.
Teraz.
Przesłuchajmy muzykę Variete, wyłączcie głos wokalisty, słyszycie już coś ?
Wysoko nastrojony klangujący bas, psychodeliczne gitarowe plamy, powiew klawiszy w tle.
Długie, monotonne tematy, wręcz jamming muzyków, pokazując nam raz po raz nowe przestrzenie.
Jeśli dodamy do tego wszystkiego trąbkę Andrzeja Przybylskiego otrzymujemy... .
Jak dla mnie Miles  lat osiemdziesiątych.
ps.
Płyta Variete została wydana przez Music Corner w 1993 roku.

niedziela, 26 stycznia 2014

EyeHateGod - Dopesick - Teoria Hałasu 7.

To już drugi raz kiedy EHG pojawia się na moim blogu. Znajduje się z tego samego powodu - TA SAMA muzyka.
Mój poprzedni wpis dotyczył ich pierwszej płyty "In The Name Of Suffering" wydanej w 1990 roku.
Album "Dopesick" został wydany w 1996 roku a więc sześć lat po brutalnym debiucie.
Muzyka nagrana ma dokładnie takie same schematy: wolne tempa, ciężkość, zabójcze przyśpieszenia, brutalne teksty. Przesłuchując wczoraj ten album stwierdziłem mimo, że grupa gra na tych samych "patentach" o dziwo  muzyka wcale nie jest wtórna, nudna czy słaba. Po prostu totalna konsekwencja obranej drogi ileś lat temu. Podziwiam za stałość i nie poddawaniu się modom czy nowym falom w ekstremalnej muzyce. Ja ze swojej obiecuję sobie, że muszę ich w końcu zobaczyć "na żywo" - już dwa razy ominęły ich koncerty.

piątek, 24 stycznia 2014

Nie Będę Wisiał Ukrzyżowany czyli Teoria Hałasu 6.

Dziś chciałbym przedstawić blogowiczom kolejną książkę w swojej kolekcji pt.
"Nie Będę Wisiał Ukrzyżowany. 30 lat punk rocka na Dolnym Śląsku, Ludzie, Teksty, Inspiracje, Kapele"
Książkę napisał Jakub Michalak a za wydanie odpowiedzialna jest Oficyna ATUT. 
Pozycja podzielona jest na sześć rozdziałów i każdy z nich dotyczy innego Dolnośląskiego miasta.
I tak rozdział pierwszy to:
Wrocław, Lata 1977-1985, rozdział drugi to Wałbrzych, lata 80-te i dalej Legnica, Jelenia Góra, znowu Wrocław, lata 1985-1989 , książka kończy się na latach 90-tych.
Pozycja zawiera mnóstwo wywiadów z czołowymi postaciami związanymi ze sceną punk a przecież było ich nie mało: Poerocks, Sedes, Generator, Skandal, Veto, Defekt Muzgó, Maria Nefeli,  Zielone Żabki, Fort BS, Stress.
W książce znajdziemy mnóstwo zdjęć, reprodukcji ulotek, gazet czy zinów a więc kolejna pozycja, która dokumentuje tamte burzliwe czasy.
Jak najbardziej rekomendacja.





wtorek, 21 stycznia 2014

Grunt To Bunt - Teoria Hałasu 5.

"Grunt To Bunt" to kolejna bardzo ważna pozycja, która ukazała się na naszym rynku wydawniczym. 
Książka została wydana w aż trzech opasłych tomach z bardzo dużą ilością zdjęć. Kilka setek osób zostało przepytanych na potrzebę wydania tej zacnej pozycji i jak widać po objętości książek rozmówcy rozwiązali swoje języki.
W ostatnich latach ukazało się dość sporo pozycji (a nawet kilka na DVD) na temat Jarocina czy muzyki rockowej z naciskiem na lata osiemdziesiąte, jednak jak widać ciągle jest dość spore zainteresowanie tym okresem w muzyce czy kulturze w ogóle.
Jak zwykle gorąca rekomendacja.