Ideą mojego bloga jest dzielenie się muzyką - muzyką, którą uwielbiam, kocham, szanuję lub nie cierpię.
W miarę możliwości również chcę się dzielić wrażeniami z koncertów czy filmami.
Proszę o komentarze, ciekawostki czy też edytowanie moich wywodów.
Zapraszam.
Muzyka, muzyką, płyty płytami, lecz wiadomo aby słuchać HAŁASU trzeba mieć do tego sprzęt, najlepiej uznanych marek z górnej półki aby delektować się muzyką, jednak kogo stać aby wydać kilkadziesiąt tysięcy na sprzęt audio - tylko garstkę wybrańców. Jeśli nie dysponujemy taką sumką, trzeba ostro przeszukiwać internet w celu znalezienia upragnionego sprzętu, który choć trochę mógłby zbliżyć nas do muzycznego raju... Po miesiącu poszukiwań zwróciłem uwagę na angielską firmę Castle. Przeszperałem zachodni internet, fora, opinie "kultowych" gazet, nawiązałem miłą korespondencję na polskim forum audio. Kolega forumowicz posiada Castle Knight III a więc większego brata Knight II, jednak mogłem na podstawie bardzo szczerego opisu forumowicza czy fotografii wyrobić sobie zdanie o tej serii czy też samej firmie. Również opinie w internecie o tej manufakturze oraz samej serii Knight były więcej niż pochlebne a niektóre wręcz rewelacyjne, także stosunek jakości do ceny był wyraźnie podkreślany w wielu recenzjach. I tak w wielkim skrócie mój wybór padł na "Anglików" z firmy Castle. Firma Castle Acoustics została założona w 1973 roku w hrabstwie North Yorkshire a ich logo zastało zaczerpnięte z bardzo charakterystycznego kształtu zamku Skipton Castle.
Od kilku lat firma Castle jest częścią chińskiej grupy International Audio Group, która skupia inne kultowe angielskie firmy jak np. AudioLab czy Mission. Taki to znak czasu a i może zakończenie pewnej epoki dominacji europejskich czy amerykańskich firm audio. Zanim przejdę do recenzji (to mój pierwszy opis sprzętu na blogu), chciałbym opisać trochę głośniki na których słuchałem muzykę do tej pory. Przez ostatnie 6 lat moimi głośnikami były duńskie Eltax Monitor III.
Te małe monitorki pochodzące z zasłużonej marki nieraz pokazały swoje waleczne serce lecz przyszedł czas aby przeskoczyć kilka schodków do góry na drabince do nirwany. Głośniki są bardzo solidnie zbudowane z wbudowanym bass reflexem na dnie kolumny. Monitory można również podłączyć sposobem "bi-wiring" co może pomóc użytkownikom wycisnąć z monitorów jak najwięcej. Przyznam się, że miałem chwilę wątpliwości w sens "upgrade" kolumn jak rozłożyłem Eltaxy według sztuki - znowu urzekły mnie swoim brzmieniem. Jednak klamka zapadła, tydzień później Castle przyjechały do domu. Ciężko było też czekać ponieważ na pewnym portalu aukcyjnym pojawiły się na wyprzedaży w obniżonej cenie aż o 50% !. No to zaczynamy. Kolumny przyjechały w bardzo grubym kartonie z w montowanymi w środku stabilizującymi piankami aby nie uległy uszkodzeniu, ruszaniu się podczas transportu, wszystko bardzo pewnie ułożone i pomyślane, spełniło swoje zadanie w 100%.
Jak widać na zdjęciach każda z kolumn jest zapakowana w specjalny worek. Nie wiem jakie zadanie mają te worki, może ochrona przed kurzem, może przed przypadkowym zarysowaniem czy odciskami palców, mi bynajmniej podczas wyciągania kolumny z worka jeden z nich uległ rozdarciu. Oczywiście do zestawu dołączona jest kilku stronicowa instrukcja obsługi.
Kilka minut później i jedna z kolumn ląduje na biurku aby pokazać swój urok oraz...wagę, jedna kolumna waży około 8 kilogramów. Aby nie odcisnąć swoich rąk na głośnikach czy pobrudzić do zestawu dołączona jest... para rękawiczek.
A dlaczego rękawiczki ? Jak podaje producent, zrobienie okleiny na kolumnach zajmuje aż 5 dni. Na ile w tym prawdy a ile marketingu to już wiedzą sami twórcy. Ciężko uwierzyć aby pracownik spędzał aż 5 dni nad fornirem kolumny. To są Chiny, nie ma czasu na sentymenty - liczą się słupki sprzedaży, nie ma czasu na angielskie sentymenty. No ale dobra niech im będzie. Wierzymy im. To prawda, naturalne okleiny są po prostu przepiękne. Na rynku można dostać Castle Knight aż w 8 kolorach, mój kolor to mahoń. Oczywiście po chwili ściągnąłem "grila" aby zobaczyć serce kolumn. Pod maską pojawiły się dwa głośniki: wysokotonowy oraz niskotonowy, który ma membranę z celulozy. Wszystko dość ładnie osadzone z wielką gracją. Głośnik niskotonowy ma wielkość 15 centymetrów jeśli dodamy kosz to otrzymamy 18 centymetrów "pulsującego serca" kolumny. Głośnik wysoko tonowy ma membranę kopułowo-pierścieniową. Sporym minusem jest brak dodanych do kompletu "kolców", które trzeba dokupić na własny to koszt a to wydatek minimum 100 PLN za 8 sztuk.
Żeby nie słodzić za dużo, po obróceniu jednej z kolumn moją uwagę przykuło kilka skaz, które szczerze mnie zdenerwowały. 1. Od razu zwróciłem uwagę na złe wręcz fatalne umocowanie bass reflexu, po prostu kolega źle wyfrezował otwór pod niego, robiąc sporą zadrę, którą pokryto farbą aby nie rzucało się zbytnio w oczy.
2. Druga nie mniej bulwersująca sprawa to port pod kable. Kilka rysek oraz brak plastykowej zaślepki w jednym z portów - no to teraz się już zagotowałem, za dużo tego. Czyżbym kupił ex-demo ? Jednak specjalnie podczas rozpakowywania kolumn zwróciłem uwagę czy nie ma żadnych śladów palców czy znaków użytkowania, nic takiego nie było, kolumny były "czyste". A więc skąd się wzięły te wady ?
Oczywiście napisałem email do sprzedającego, otrzymałem szybką odpowiedź, że to musiało się stać podczas wewnętrznej kontroli jakości w firmie Castle, on jako hurtownik nie otwierał tego kartonu. Jednak nie daję za wygraną i cisnę dalej sprzedającego, że to nie możliwe aby pod czas kontroli jakości pracownicy porysowali kolumnę i zgubili zaślepkę !. Gdzie tu jest sens aby podczas kontroli jakości wewnątrz firmy psuć jakość produktu ? Nie możliwe aby kolumna upadła (teoretycznie) zarysowując tylną ściankę. Nie ma to sensu ! Dziwna sprawa, sprzedający ma ponad 7000 komentarzy i tylko 2 negatywy, które spokojnie mogłyby być neutralne lub pozytywne jeśli kupujący okazałby dobrą wolę. Kto ma rację ? Sprzedający (jest godny zaufania) czy ja jako kupujący ? Przyznam się nie mam pomysłu jak zakończyć tą sprawę. Całe szczęście, że wady są z tyłu JEDNEJ KOLUMNY i dotyczą tylko wyglądu a nie elektroniki czy też membran głośników. Trochę się obawiałem podłączyć kolumny do systemu, jednak ciekawość wygrała, zagrały pięknie. Już po kilku minutach słuchania zostałem całkowicie przekonany do nowego nabytku w porównaniu do Eltaxów - postęp ogromny. Żadne wygrzewanie, żadne okablowanie, tylko słuchanie dobrej muzyki urzekło mnie bez reszty. Na koniec wstawię kilka fotek kolumn w całej okazałości.
Throbbing Gristle - grupa założona w latach 70-tych, pionierzy industrialnego hałasu. Muzycy, aktorzy porno, performerzy, dizajnerzy, podróżnicy po zakazanych rejonach ludzkiej duszy i ciała. Grupa instytucja. Na grupę natrafiłem jakoś w latach 90-tych, w najlepszym polskim zine "Zygoma". Był tam artykuł poświęcony T.G. z dość obszerną historią i kilkoma fotami. Jednak jak to w czasach pre-internetowych muzykę T.G. a do tego mieszkając w Polsce było bardzo trudno zdobyć czy znaleźć. Tak, tak panie Wiktorze Skok zrobiłeś pan najlepszego polskiego zine w historii. Kilka lat temu wpadła mi w ręce książka z serii 33 1/3 napisana przez Drew Daniela pod tytułem "22 Jazz Funk Greats". Oczywiście tytuł nawiązuje do bodaj najbardziej znanej płyty industrialnych pionierów wydanej pierwotnie w 1979 roku.
Kilka słów o samym autorze, Drew Daniel jest uniwersyteckim nauczycielem w Baltimore, również jest zaangażowany w tworzenie muzyki a dokładniej jest "połową" grupy Matmos. Książka podzielona jest na rozdziały a każdy jest odpowiedzialny za wybrany utwór, który ukazał się na płycie. Autor stara się "wejść" w skórę muzyków bardzo dokładnie przepytując ich ze swoich przemyśleń czy uwag. Przyznam się, że przeszkadza mi trochę maniera pisania autora, który używa dość zaawansowanej angielszczyzny (uniwersytecki nauczyciel) także momentami się bardzo ciężko czyta, tym bardziej, że autor czasami za bardzo filozofuje i odjeżdża w sobie tylko zrozumiane rejony. Jednak mnie jako fana T.G. najbardziej zainteresowały wywiady z samymi muzykami, które czyta się dość łatwo. Czasami wyjaśnienie czegoś co wydaje się autorowi bardzo skomplikowane z ust muzyków jest banalnie proste.
Z Serii "33 1/3" ukazało się około 20 pozycji, które opisują różne płyty rockowe, które ukazały się na przestrzeni ostatnich 40 lat.
Kolejni moi bogowie z lat 90-tych - Extreme Noise Terror. "A Holocaust In Your Head" została nagrana w 1988 roku a wydana w kolejnym roku przez Head Eruption Records. Nawiązując do Napalm Death, ten album jest przejawem jaki spowodowało wydanie "Scum", pankowcy po prostu przestali zważać na tempo i ostro przygrzali do przodu. Jednak w przypadku E.N.T mamy tutaj pankowy łomot w stylu Chaos U.K., Disorder czy Exploited z tym, że muzycy i wokaliści przejęli stylistykę zarezerwowaną dotąd dla kapel metalowych. Wokale to typowy grind/metalowy growling z fajnymi dwoma różnymi manierami śpiewania, który dodaje tylko "powera" utworom, gitary dostały więcej przesteru, ciężkości jak i szybkości. Kawałki tak jak w przypadku Napalm Death, zahaczają o tematy społeczno-polityczne, wyzysk Ziemi, prawa zwierząt czyli te tematy, które uwielbia "scena". Muzycy swoją "hałaśliwą stylistyką" sporo namieszali na pankowej mapie na początku istnienia, wydali w 1986 roku split z bogami z Chaos U.K. a kilka lat później zagrali na wigilijnej edycji The Tops Of The Pops z KLF. Niestety nie mogę znaleźć na youtube, filmiku z tego wydarzenia także wrzucę video z oryginalną muzyką.
Właśnie słucham "A Holocaust In Your Head" - płyta nadal robi hałas.
Na początku lat 90-tych, moi osobiści bogowie grindcore, punka, metalu (nie potrzebne skreślić), z czasem odstawiani na bok aby zgubić ich na początku lat 2000-ych. Płyta wydana w 1987 roku w zasłużonej wytwórni Earache o numerze katalogowym MOSH 3, na której znajdziemy 28 kawałków w morderczych tempach. Utwór "You Suffer" jest oficjalnie zarejestrowanym przez ksiegę rekordów Guinnesa jako najkrótszy. To właśnie "Scum" jest uważany za pierwszy grindcore'owy album w historii muzyki rockowej. To właśnie na tej płycie w "metalowej" stylistyce został przedstawiony nam świat pełen syfu jaki nas otacza. Wszechobecne wielkie korporacje, które wyzyskują Ziemię i ludzi bez litości, kontrola społeczeństwa, głód, wojny, zbrojenia, zresztą szybki rzut oka na okładkę zaprojektowaną przez Billa Steera, obrazuje nam ponury obraz w jakiej kondycji jest człowiek. Jako ciekawostkę można dodać, że płyta została nagrana w Rich Bich Studio w Birmingham, sesja kosztowała 50 funtów i miała być "splitem" z formacją Atavastic. Płyta z perspektywy czasu wydaje się pełna hałasu i wtórna jednak biorąc w obronę "Scum" ciągle jest w samej szpicy jeśli chodzi o wszelkie "plebiscyty" na temat muzyki metalowej czy grindcore. Również trzeba zauważyć, że ten album wypromował wielkich muzyków: Bill Steer - gitarzysta na "Scum", później czołowy muzyk kultowego Carcass. Nik Bullen - wokalista na "Scum", przez pewien czas członek Scorn (kiedyś pewnie na blogu), gdzie wydał z Harrisem 3 albumy dla Earache, współpraca z Billem Laswellem. Justin Broadrick - gitary i wokal na "Scum", później kultowy Godflesh, Fall Of Because, Head Of David, Techno Animal, Jesu, założyciel wytwórni Avalanche. Mick Harris - perkusja, później setki (!!!) różnych projektów z najważniejszymi dla mnie na czele: Scorn, Lull. Lee Dorian - vocal, później Cathedral, Probot. Przyznam się, że przez jakiś czas nie mogłem słuchać tego albumu, który wydawał mi się po prostu...nudny, jednak dzisiaj na potrzeby blogu przesłuchałem ten album kilka razy i się znowu miło upajałem hałasem. Uważam również, że późniejsze albumy Napalm Death są zdecydowanie lepsze od "Scum" - to taki zapis czasu muzyków jaki i mojego.
Jakoś naszło mnie aby opisać kolejną książkę w swojej kolekcji a nie tak dawno "świętowaliśmy" Dzień Niepodległości wywalczony przez naszych dziadów, mój wybór padł na ogromniasty album-książkę "1001 Albums You Must Hear Before You Die". Dlaczego akurat ta książka i co ma wspólnego z Polską i Dniem Niepodległości ? Poniżej postaram się wyjaśnić moje przemyślenia. Na okładce napisane jest, że pozycja została napisana przez 90 (!) czołowych, międzynarodowych krytyków muzycznych. Książka zaczyna się od lat 50-tych albumem Franka Sinatry z 1955 roku "In The Wee Small Hours" a kończy w 2005 roku albumem White Stripes "Get Behind Me Satan". Tak jak napisałem powyżej recenzje napisało 90 krytyków muzycznych, Polskę reprezentuje Agnieszka Wojtowicz-Jach. Pani Agnieszka pracowała jako dyrektor promocji dla wytwórni Warner Music Poland, pracowała również dla EMI Poland a także dla firmy PR oraz jako wolny dziennikarz. Przyznam się szczerze nie znam pani Agnieszki z recenzji w fachowej prasie muzycznej, jeśli coś przegapiłem to proszę blogowiczów o pomoc i komentarz. Książkę kupiła mi dziewczyna kilka lat temu a więc zdążyłem ją "przewertować" dość dobrze, jest fajnie wydana, kredowy papier, zdjęcia okładek płyt oraz co ważniejszych muzyków. Oczywiście zaraz po zakupie zacząłem szukać polskich artystów i ... nie znalazłem NIKOGO. Co jest do cholery, czyżby pośród 1000 płyt nie było polskiego akcentu ? Ano NIE MA !!! Zacząłem szukać oczywiście od "polskich petard" takich jak Krzysztof Komeda, Tomasz Stańko, Vader, Michał Urbaniak, Zbigniew Seifert, Adam Makowicz, coś z serii "Polish Jazz". Index milczy - nie ma żadnych polskich nazwisk czy haseł. Może coś przegapiłem ? Nie chcę umniejszać muzykom ale znajdziemy w książce albumy z Ameryki Południowej, Afryki, Azji. Czyżby Polska nic nie stworzyła? Żadnego godnego dzieła, który można pokazać przed całym światem ? Każdy fan muzyki wie, że to nie prawda, choć... Tak na marginesie, gdy powiedziałem o tym Carlosowi, tylko "szatańsko" się uśmiechnął. Dopiero później natrafiłem w książce na polską gwiazdę muzycznej krytyki panią Agnieszkę. Czyżby pani Agnieszka nie znała żadnej ciekawej, godnej polecenia całemu światu polskiej muzyki ? Nie oglądała nigdy "Nóż W Wodzie"? Z genialną muzyką Komedy, naszym romantycznym kompozytorem, który wypchnął polski jazz na szerokie wody. A może nie widziała "Cul-De-Sac" czy "Dziecko Rosemary's" ? No zapewne nie widziała, jeśli się pracuje dla Warner czy EMI to się nie ma czasu na polską muzykę, nie ma się czasu aby poznać CAŁY WACHLARZ dobrej muzyki, która nas otacza. Zapewne pani Agnieszka słuchała za dużo RMF-u czy innej ESKI. Tomasz Stańko - otoczony absolutnym kultem w Polsce, jeden z najlepszych trębaczy świata, "Music For K", "Purple Sun", płyty z Vesalą, płyta nagrana w Taj Mahal, "Balladyna", ostatnie płyty dla kultowego ECM-u. Mało ? Zbigniew Seifert to skrzypek, który zdystansował ...innego polskiego wirtuoza skrzypiec Michała Urbaniaka w późnych latach 70-ych. "Man Of The Light", "Passion", "Kilimanjaro" to płyty, które pokochały tysiące słuchaczy na całym świecie. Trochę zahaczę o swój ogródek a mianowicie - polski punk. W rozmowach z ludźmi z całego świata, czytając artykuły, wiele osób bardzo sobie ceni polski punk, który był bardzo wyjątkowy na tle innych krajów z obozu socjalistycznego, który zachwycał swoją różnorodnością, ilością ludzi z "Zachodu". "Czarna płyta" Brygady Kryzys, Dezerter, Siekiera "Nowa Aleksandria" (ja wiem Killing Joke), zimno falowe wypusty Madame, Aya RL. Jeśli nie podoba się naszej miłej pani muzyka punk, mogła przecież jako ciekawostkę opisać w jakiej rzeczywistości grały polskie grupy punkowe. Codzienne utarczki z cenzurą, milicją, chroniczny brak instrumentów czy miejsc do grania. "Czarna Płyta" Brygady Kryzys została przecież nagrana podczas stanu wojennego, gdzie muzycy mieli specjalne przepustki, które pozwalały poruszać się po mieście po godzinie milicyjnej. Płyta "z pałacem" Brygady Kryzys, wywieziona na "Zachód" i tam wydana, obrazuje nam tamten okres w Polsce. Dezerter "Kolaboracja" - na tej płycie można usłyszeć ingerencję cenzury a i okładka niesie ze sobą ogromny "power". Kobong w 1995 roku grał jak nikt inny na świecie, ludzie do tej pory się dziwią, że to jest polski zespół. Falarek Band - czysta improwizacyjna jazda bez trzymanki. Płyta Vader wydana dla angielskiego Earache, która jest do tej pory stawiana w pierwszym rzędzie płyt death metalowych ? Ach zapomniałem pani słucha tylko RMF-u ! A może to nie jest naszej koleżanki wina ? Może książka powinna mieć tytuł:"950 Anglo-Saxons Albums You Must Hear Before You Die" ?. Całkiem możliwe, kultura "Zachodu" całkowicie zdominowała nas, także i muzykę, może pani Agnieszka się poddała już tej fali ? Ja się nie poddam słucham właśnie Tomasza Stańkę "Suspended Night" z polskim silnikiem. Zapraszam do komentowania.
Komeda - Księżycowy Chłopiec. Od kochanej dziewczyny dostałem dziś na urodziny książkę o naszym kultowym muzyku Krzysztofie Komedzie-Trzcińskim. Pozycja jest schludnie wydana, kredowa obwoluta, gruba oprawa, mnóstwo fotografii. Po raz kolejny otrzymuję pozycję obowiązkową w każdej bibliotece fana muzyki. Nie przeczytałem oczywiście jeszcze tej książki lecz widać, że jest napisana przez Emilię Baturę w miarę chronologicznie, okraszona licznymi fotografiami jak wspomniałem powyżej. Książka jest podzielona na wiele rozdziałów, które prowadzą nas przez życie wielkiego kompozytora, który odszedł od nas o wiele, wiele lat za wcześnie.
Jesteśmy przyszłością, rok 1988. Phuture to duet rodem z Chicago, który nie wydał długo grającej płyty za swojego istnienia jednak kilka singli takich jak "Acid Tracks" czy właśnie "We Are The Future" przyczyniło się w znaczny sposób do rozwoju techno w Chicago czy szerzej patrząc światowej sceny Acid czy Electro. "We Are The Future" - to singiel wydany w 1998 roku przez Trax Records. Znajdziemy na nim trzy utwory : We Are The Future, Slam, Spank-Spank. Utwory utrzymane są w klimacie acid techno czy electro o ciężkim brzmieniu a wszystko oparte na klasycznych brzmieniach kultowych maszyn takich jak Roland TB-303. W pierwszym utworze mamy głos Darrela Lewisa, który śpiewa przez pewien czas co nie zdarza się często w utworach techno aby ktoś śpiewał cały tekst, z reguły są to krótkie samplowane frazy czy pocięte fragmenty słów.
Kilka lat później berliński Tresor w początkowym okresie swojego istnienia promował podobne brzmienia, ostro, surowo czy wręcz industrialne. Mimo, że muzyka została nagrana w 1988 roku ciągle wywiera ogromne wrażenie swoją prostotą ale też siłą, brzmieniem i futuryzmem.
Autechre - każdy fanatyk muzyki elektronicznej zna na pewno kilka albumów i nie przejdzie obojętnie obok twórczości Anglików. Incunabula, Amber, Confiled, owe płyty wyryły znaczący ślad w szeroko pojętej muzyce elektronicznej. Niedawno przesłuchałem EP'ki Autechre w chronologicznej kolejności i tak zacząłem od Cavity Job.
Już na wstępie wymieniłem kilka płyt, które zawierały bardzo dojrzałą, skomplikowaną, przemyślaną muzykę o bardzo dobrym brzmieniu i świetnej produkcji. Pierwsza długo grająca płyta "Incunabula" została wydana w 1993 roku przez kultowy WARP. "Cavity Job" została wydana w 1991 roku przez Hardcore Records i przedstawia zupełnie inną muzykę. No właśnie jaką ? Przede wszystkim co się od razu rzuca w oczy to prostota i mechaniczność muzyki. Nie wiem na jakim sprzęcie była ta muzyka tworzona ale można przypuszczać, że były to proste komputery czy drum maszyny plus obrabiane surowe sample z kilkoma efektami. Wszystko dość prosto skomponowane, zapętlone i powtarzalne. Do tego dodanie sporo wokali (dość naiwnych), takich jak głos z łodzi podwodnej, żeńskie chórki, pocięte sylaby wyrazów, czy całe samplowane zdania jak początkowy slogan "Take The Bass". EP'ka silnie kojarzy mi się np. z pierwszym albumem The Prodigy "Experience" - wydanej w 1992 roku, ale też skłaniałbym się do pewnego podobieństwa do SNAP, Technotronic czy czarnego Detroit Techno, lecz wszystko to polane angielskim rave'm z zakurzonych squat party z początku lat dziewięćdziesiątych. Jestem ciekaw jak muzycy teraz do tej EP'ki podchodzą ? Wstydzą się ? Lubią ? Często do niej wracają ? Trudno uwierzyć, że dwa lata później wydadzą album który będzie kamieniem milowym w muzyce w ogóle.
W zeszłym roku dostałem na urodziny książkę "Ja, Urbanator". Jako, że "znów" zacząłem czytać książki (jakkolwiek to brzmi) i zakupiłem w ciągu krótkiego czasu kilka pozycji, nasz "Urbanator" musiał poczekać w kolejce. Książkę spisał Andrzej Makowiecki a opowiadał Michał Urbaniak, nasz "eksportowy" muzyk jazzowy. Pozycja została napisana w innym stylu niż np. opisana na moim blogu wcześniej biografia Tomasza Stańko "Desperado", a mianowicie nie w formie wywiadu, a jest podzielona na ważne rozdziały z życia Urbaniaka. Książka została napisana bardzo wartkim językiem, przez co czyta się bardzo łatwo i z wielką przyjemnością, tym bardziej, że nasz bohater "rozwiązał język" i raz po raz zarzuca czytelnika anegdotami czy historiami ze swojego życia czy przebogatej kariery. Książka jest ułożona w miarę chronologicznie a więc dzieciństwo, lata młodzieńcze, wybuch kariery czy życie w Nowym Jorku. Co strona to opowieść przy której szeroko otwierałem oczy ze zdziwienia, czy śmiałem się do rozpuku. Nie chcę oczywiście przytaczać fragmentów książki aby nie psuć "zabawy" blogowiczom. Po prostu pozycja obowiązkowa w każdym domu fana jazzu czy muzyki. Książka jest fajnie wydana, przyjemny papier, liczne fotografie zachęcają do szybkiego pochłonięcia pozycji. Tak na marginesie to pełna nazwa książki to "Ja, Urbanator - Awantury Muzyka Jazzowego" - teraz już wiem dlaczego.
20 sierpnia w Londynie grała jedna z kultowych grup punkowych a mianowicie Bad Religion. Jak to bywa w tym wielkim mieście bilety zostały wyprzedane w bardzo krótkim czasie także pozostało nic innego jak pójść pod klub i kupić od koników bilet lub od jakiejś osoby, która zrezygnowała z koncertu. Jak wspomniałem powyżej koncert odbył się w klubie Koko,chciałbym napisać kilka słów o tym miejscu, które zasługuje na większą uwagę. The Camden Theatre bo tak właściwie nazywało się to miejsce kiedy zostało otwarte w 1900, mogło pomieścić ponad 2.000 widzów i było największym teatrem poza londyńskim West End'em w owych czasach. To właśnie w tym miejscu w 1909 roku pierwsze kroki z aktorstwem stawiał Charlie Chaplin. W okresie 1913-1939 służyło jako kino a w okresie wojennej zawieruchy miejsce było nieczynne. Po wojnie miejsce zostało przejęte przez BBC. W 1972 roku zaczyna się muzyczna era, zmiana nazwy na The Music Machine, to właśnie w tym miejscu silnie odznaczyła się pankowa rewolucja - miejsce koncertów m.in The Clash czy Sex Pistols. W 1982 roku kolejna zmiana nazwy na Camden Palace, gdzie w 1983 roku Madonna daje swój pierwszy koncert w Wielkiej Brytanii. W 2004 roku miejsce przechodzi gruntowną modernizację i otrzymuje nową nazwę KOKO.
To może wróćmy do koncertu. Tak jak napisałem powyżej nie udało mi się kupić biletów wcześniej a więc zostaliśmy (ja i moi znajomi) zdani na los u koników (to też temat na osobny wpis na blog). Bilety w "normalnej" sprzedaży kosztowały 20 funtów a na 2 godziny przed koncertem kosztowały u spekulantów... 80 funtów. Na godzinę przed koncertem były już po 60 funtów, postanowiliśmy podejść bliżej klubu i zobaczyliśmy kilkadziesiąt osób, które chciały też zakupić bilet na koncert. Pogodzeni z losem, że nie uda nam się kupić biletów wesoło sobie rozmawialiśmy kiedy to podjechała taksówka i wyszedł z niej dżentelmen w garniturze i powiedział do nas, że "dwie osoby mogą ze mną wejść". Niestety było nas trzech, trochę zawahania kto ma zostać, i po chwili weszła nas dwójka przez bramkę dla...VIP-ów. Krótka rozmowa z dżentelmenem, podziękowania i jesteśmy na głównej sali. To mój drugi raz kiedy jestem w Koko i kolejny raz jestem pod ogromnym wrażeniem miejsca. Główna sala oraz wszystkie balkony szczelnie wypełnione publicznością. Kapitalny wystrój i atmosfera. Wyobraźcie sobie salę, która wygląda jak "mini-opera", która została adaptowana do rockowych koncertów, łapiecie już ? Punktualnie o 21 wychodzi Bad Religion i cała sala wpada w amok. Jest dobry mosh i zabawa, raz po raz wystrzeliwuje w powietrze plastikowy kubek z piwem (ja po 10 sekundach koncertu byłem w połowie mokry od piwa). Oczywiście zabawa w granicach dobrego pankowego gigu, zero przemocy z kupą uśmiechu na twarzach. Przekrój wiekowy myślę od 55 lat w dół z naciskiem na 35-25. Zdarzały się całe rodziny, tylko nie wiadomo kto kogo zaprosił rodzice czy pociechy ? Trochę o zespole, no cóż czas nie stoi w miejscu, muzycy to dojrzali faceci, trochę siwi, trochę łysiejący, jednak zabawa i punkrock pozostał w sercu. Drugi gitarzysta wyglądał jak Woody Allen, niski, chudy w czarnej skórze i białym długaśnym aksamitnym szalem, basista w koszulce i podartym garniturze. Zdaje się, że pałker odstawał wiekowo i nie był z oryginalnego składu. Przyznam się, że nie znam "nowych" płyt Bad Religion lecz przy starszych kawałkach dałem się ponieść energii znanych z "Generator" czy "No Control" i wszedłem w pogo. Cała sala szalała szczególnie przy starszych kawałkach, lecz było także kilka utworów z nowych płyt gdzie Koko odlatywało. Jak to w Londynie bywa po udanym koncercie ludzie szybko wychodzą z klubu i w przypadku tego koncertu było to samo. Niemrawe bisowanie i tupanie nogami pomogło, muzycy wyszli na scenę na bisy, szkoda, że zagrali prawie same nowe kawałki i sobie nie poszalałem znowu. Muzycy zakończyli koncert bluesowo-rockowym kawałkiem i zeszli ze sceny, żegnając się gorąco z publicznością.
ps. Jeszcze raz podziękowania dla dżentelmena z taksówki oraz Maćka.
Jakiś czas temu zakupiłem dvd pt. "The Work Of Director Chris Cunningham". Płytka jest wspaniale wydana z dodaną 52 stronicową książeczką z fotografiami czy grafikami prac Chrisa. Może na początek kilka słów o samym artyście (za wikipedia). Urodzony w 1970 roku w Anglii, pracował przy "Obcym 3" czy "Sędzia Dread" pod pseudonimem Chris Halls, jednak nam fanom muzyki zapadł w latach 90-tych jako twórca kultowych już wideoklipów m.in Autechre, Madonna, Aphex Twin czy Bjork. I tutaj właściwie wiemy już co będzie znajdować się na naszym krążku a mianowicie: Autechre - Second Bad Vilbel, Aphex Twin - Come To Daddy, Portishead - Only You, Madonna - Frozen, Leftfield - Afrika Shox, Squarepusher - Come On My Selector, Aphex Twin - Windowlicker, Bjork - All Is Full Of Love. To może po kolei, Autechre - Second Bad Vilbel, klip powstał gdy Chris pracował w studio Stanley'a Kubricka kiedy on był zaangażowany w projekt "Artficial Intelligence". Pewnego dnia nasz bohater spotkał duet muzyków i zaproponował im, że nakręci im klip. Autechre było kompletnie niezadowolone z efektu końcowego, muzycy mieli totalnie inną wizję jak ich muzyka wygląda i jak powinna współgrać z obrazem. Na domiar "złego" Chris zrobił również artwork do wydania cd "Anvil Vapre". Ja od siebie dodam, że klipy Autechre w latach 90-tych robiły na mnie ogrome wrażenie ! Aphex Twin - Come To Daddy - to kolejny klip w klimacie horroru ale tym razem "akcja" dzieje się na Ziemi a nie w bliżej nie określonej przestrzeni czy czasie. Klip został nagrany w Londynie w dzielnicy Thamesmead.
Chris podczas kręcenia klipu miał rozmowę z lokalnym urzędnikiem i został poproszony aby osiedle nie zostało pokazane w "złym świetle". Reżyser opisuje również, że miał olbrzymi problem...z psem ponieważ był za duży i za silny dla starszej pani. Ciekawostką jest to, że dzieci, które są na klipie to w znacznej większości dorośli o niskim wzroście i wątłej posturze. Portishead - Only You. To według Chrisa jego najbardziej udany klip gdzie muzyka i obraz są idealną parą. Madonna - Frozen, Pani Ciccone w latach 90-tych trochę zaszalała i potrzebowała trochę spuścić z tonu czego efektem jest świetny album "Ray Of light" wydany w 1998 roku. Czy to zabieg marketingowy czy zwrot życiowy pewnie wie ona sama. Płyta ma bardzo miękkie, delikatne brzmienie, piosenkarka stara się wyciszyć i eksperymentuje z nowymi trendami muzycznymi czy swoim wizerunkiem. Stroje do klipu zrobił kultowy projektant Jean-Paul Gaultier. Leftfield feat. Afrika Bambaataa - Afrika Shox - to kolejny klip, który zaczyna się od ujęć wieżowców ale tym razem akcja dzieje się w Nowym Jorku. Chris mówi, że to te video przyniosło mu największy ból głowy ponieważ prace zaczęły się na jesień 1997 roku, zdjęcia w Lutym 1998 roku a oczekiwanie na premierę zajęło 18 miesięcy ! Squarepusher - Come On My Selector - to kolejny klip z gatunku horroru ale tym razem akcja dzieje się gdzieś w Azji w jakimś dziwnym laboratorium gdzie są przeprowadzane eksperymenty na zwierzętach (ale czy aby na pewno?). Aphex Twin - Windowlicker - ten klip został nagrany w Los Angeles (Venice Beach). To chyba najdłuższy klip Chrisa bo trwa około 10 minut. Muzyka to kultowy utwór "Windowlicker" a więc i wideo musi być kultowe ! I JEST. Zamysł klipu jest świetny, atakujemy USA obrazem jakim nam prezentują rapowe składy lecz podkładamy pod to muzykę elektroniczną. Jednak efekt był taki,że MTV kompletne ignorowało klip w Stanach, lecz wytwórnia WARP znalazła na to półśrodek - wypuściła na VHS ten klip. Bjork - All Full Of Love - nie jestem fanem Bjork ale ten klip robi ogromne wrażenie. Chris mówi otwarcie, że wzorował się na klimacie filmów S-F takich jak: 2001 Space Odyssey, Alien, THX 1138 czy Star Wars. Na płycie znajdują się również dodatki: kulisy tworzenia klipu dla Bjork, wideo instalacja Monkey Drummer, flex, reklamy dla Sony, Levis, Nissan czy Windowlicker w wersji "Bleeped". Ta płyta dvd to świetne połączenie muzyki z obrazem a więc pozycja, która powinna znaleźć się w każdej kolekcji fana audio czy wideo.
Panie i Panowie, Meine Dammen und Herren, Ladies and Gentelman. Poznań, Malta Festiwal 2013, jedno z najważniejszych wydarzeń muzycznych tego roku w Polsce. Kraftwerk. To już czwarty raz kiedy niemiecka grupa przyjeżdża do Polski, a moje drugie spotkanie z zespołem. Pierwszy raz miałem przyjemność zobaczyć na festiwalu muzyki elektronicznej w Pardubicach w 2006 roku. Bilety na poznański koncert kosztowały około 200 PLN w zależności od daty zakupu. Ja kupiłem przez internet w zimie, także czekałem na wydarzenie około pięciu miesięcy. Mottem przewodnim tegorocznego festiwalu było hasło "Oh Man, Oh Machine" a więc nasi bohaterowie w 100% wkomponowali się w ramy festiwalu.
27 czerwca przyjechaliśmy do Poznania i dzięki uprzejmości naszych znajomych mogliśmy spędzić kilka dni w uroczym mieście. Przechadzając się po mieście było słychać wiele języków świata co świadczy, że Malta Festiwal ma już ustaloną mocną markę. W dzień koncertu postanowiliśmy koło południa zajść w okolice Starej Gazowni aby upewnić się co do pewnego dojścia na miejsce wydarzenia i jakie było nasze zdziwienie jak usłyszeliśmy zza muru dźwięki utworu..."Computer Liebie". Czyżby były otwarte wrota starej gazowni ? A może koncert odbędzie się na otwartym terenie ? I w tej chwili ogarnęła mnie panika. Przecież na dzisiejszy wieczór zapowiadają burze ! Cholera, byłem pewien kupując bilet, że koncert odbędzie się w pomieszczeniu Starej Gazowni a więc nie obchodzi nas pogoda a skupimy się na słuchaniu muzyki. Obszedłem mur i od innej strony zobaczyłem scenę z napisem Malta Festiwal. Stało się już jasne, koncert zobaczymy na otwartej przestrzeni. Troszkę się zawiodłem, chciałem zobaczyć Kraftwerk w sali. Pełen obaw pojechałem na obiad do znajomych aby powrócić w okolice Starej Gazowni koło 19. Samo dojście nieco chaotyczne, po żwirowato-piaszczystej nawierzchni pełnej kurzu, szybka kontrola przez ochronę, sprawdzenie biletów, otrzymanie okularów 3D i wchodzimy na plac gdzie odbędzie się koncert. Po lewej stronie przepiękna budowla Starej Gazowni a po prawej stoiska z pamiątkami, budki z napojami oraz "stoły do biesiadowania". Szybkie obejście placu dookoła i już wiadomo, że Polacy nie będą wcale dominującą nacją. Dało się usłyszeć język angielski, niemiecki, włoski, hiszpański, słowacki. Sam plac nie był najwyższych lotów, nierówna piaszczysta powierzchnia z gdzieniegdzie rozrzuconymi płytami betonowymi.
Miłą niespodzianką było spotkanie uroczej pary, którą miałem okazję poznać na pardubickim festiwalu, tym razem kochani nie zrobiłem mnóstwa zdjęć a kilkanaście - chciałem się skoncentrować na muzyce. Ok, a co z muzyką ? Przed 21 wszedł duet Niwea, wokalista wziął łyka wina...i splunął nim na scenę. W tej chwili pomyślałem "o cholera to może być przeżycie". No i nie myliłem się. Niwea zaczęła straszliwie rzępolić swoje elektroniczne tortury, że aż wykręcało uszy. Po kilku utworach, takich samych utworach pełnych żółci i chłamu publiczność zaczęła głośno komentować swoje przemyślenia, krzycząc w stronę sceny. Przyznam się, że śmiałem się z kilku tekstów publiki na początku jednak z każdym utworem było mi coraz smutniej. Mam bardzo szerokie gusta muzyczna ale to co zaprezentowała Niwea przeszło najdalsze moje granice cierpliwości i smaku muzycznego. Moim określeniem na muzykę jaką zaprezentowała Niwea to "Zdzierane Koty".
Przy okazji dygresja do kuratora festiwalu jeśli czyta przypadkiem mój wpis. Co kierowało wyborem akurat tej grupy z polskiej sceny elektronicznej ? Odtworzenia na youtube ? Kolega polecił ? Znajomość z liceum ? Kompletna 40 minutowa katastrofa. Z prawdziwą ulgą około 21.20 grupa zakończyła swój występ, szybkie spakowanie klawiszy i na scenę wpada ekipa techniczna Kraftwerk. 21.55 pojawia się dźwięk a w tle "8-bitowa" grafika z postaciami muzyków.
Niektórzy z publiczności założyli już okulary 3D w oczekiwaniu na bogów elektroniki. Godzina 22, elektroniczny głos oznajmia nam co się zaraz wydarzy i... Są !!!
Kraftwerk wchodzi na scenę w ustalonej z góry kolejności, oczywiście pierwszy wchodzi Ralf, jedyny z kultowego składu a za nim pozostała część grupy. Kilka sekund i pojawia się muzyka. Grupa zaczęła od "We Are The Robots", to nowość ponieważ grupa przez wiele lat zaczynała od "Die Mensch-Maschine". No i 3D pokazało swój urok. Obracające się roboty zahaczały prawie o nasze głowy swoimi rękoma. Następny utwór "Numbers" i tu nagłośnienie pokazało swoją moc. Jest pięknie ! Cyfry ustawiają się w swojej kolejności aby opadać lub wirować przed naszymi oczami. "Pocket Calculator" i tutaj ogromna niespodzianka dla fanatyków, Ralf zaśpiewał ten utwór po polsku ku ogromnej eksplozji radości publiki. "Spacelab" utwór z kultowego "Die Mensch-Maschine" ze świetną grafiką 3D, gdzie owa stacja kosmiczna dosłownie wbijała się w widza. "The Model" bodaj największy "hit" grupy w niezmienionej praktycznie wizualizacji od wielu lat, tutaj jeśli się nie mylę nie było efektu 3D.
"Autobahn" w długiej wersji bodaj około 10 minutowej, to absolutny hołd złożony niemieckiej motoryzacji ze świetną, prostą grafiką 3D. Raz po raz pojawiał się kultowy garbus lub dostojny Mercedes pędząc po autostradzie przemierzając Niemcy. Następnie dwie wersje Tour De France, Radioaktivity i Trans Europa Express/Metal On Metal te właśnie dwa utwory przyniosły mi sporo wrażeń dźwiękowych oraz wizualnych. Set jak zwykle kończy przebojowy Music Non Stop gdzie wizualizacja sporo się zmieniła od czasów pardubickiego festiwalu.
Po tym utworze grupa zeszła ze sceny, jednak publika zaczęła głośno domagać się bisu. Po dość krótkim czasie zespół wraca na scenę aby zagrać melancholijny "Metropolis" z bardzo prostą grafiką przedstawiającą budynki mieszkalne. Szybkie skontrowanie klimatu i słyszymy przebojowe dźwięki "Planet Of Visions/Expo 2000" gdzie niektórzy zaczęli tańczyć i bawić się jak przystało na imprezach techno. Utrzymując dalej klimat zabawy grupa zagrała "Vitamin" gdzie tabletki dopływały do publiczności ze sceny wywołując aplauz. Kraftwerk zakończył swój set dynamicznym "Aerodynamik" dokładnie o północy. Grupa nie dała się "namówić" na kolejny bis. Jednak patrząc na publiczność była ona zadowolona z koncertu. Zespół też był spełniony co było widać po zadowolonych twarzach muzyków, raz po raz kłaniając się publiczności na pożegnanie. Mam nadzieję, że wrócą do Polski za jakiś czas aby promować muzykę elektroniczną.
Krótkie podsumowanie koncertu. Nie wiem jak u innych widzów w moim przypadku pod koniec koncertu już "nie miałem" efektu 3D, nie wiem czy było to zmęczenie czy może moja wina (mam lekką wadę wzroku) a może coś się stało z aparaturą 3D. Nagłośnienie koncertu, bez zastrzeżeń, zadowoliło najbardziej wybrednych fanów. Sceneria koncertu jak najbardziej adekwatna do stylistyki grupy, przepiękny stary budynek obok sceny, można się przyczepić do dojścia do Gazowni czy samego placu ale to nie jest najważniejsze. 5 tysięcy fanów oglądało spektakularne wydarzenie na Malta Festiwal czy to dużo czy mało ? Uważam, że to dużo jak na polskie warunki, plac był szczelnie wypełniony publicznością, która przybyła z całego świata. Przekrój widowni ogromy, jeśli chodzi o wiek czy gusta muzyczne, wszyscy przybyli złożyć hołd muzyce elektronicznej. Ze "starego" składu pozostał tylko Ralf i mimo swoich lat dalej jest w formie, pewnie to zasługa zamiłowania do kolarstwa ;). Porównując do pardubickiego koncertu, zauważyłem, że Ralf pozwala sobie na większy luz na scenie. Już nie jest tak statyczny i bez "żadnych" uczuć, widać, że się częściej rozgląda po publice, uśmiecha a nawet wygina :)). Tym razem na scenie nie pojawiły się roboty, nie wiem czy taki był zamysł muzyków czy brak możliwości ze strony technicznej a może jakaś inna przyczyna, Szkoda, że nie było wielkiej kotary, która opada przy pierwszych dźwiękach muzyki - efekt piorunujący. Z miłą chęcią przejadę się po raz kolejny po niemieckiej autostradzie przy najbliższej okazji, czego i Wam drodzy internauci życzę.
A pogoda ? Deszcz nie spadł, niebo było praktycznie bezchmurne. ps. Chciałbym podziękować Weronice, Piotrowi oraz Franciszkowi za gościnę.